Agnieszka w Kościele

Jest coś, o czym nie wspomniałam w ostatnim wpisie. Molestowanie seksualne, którego doświadczyła 7-letnia Agnieszka, okazało się mieć wielokrotny, negatywny wpływ na jej dalsze życie. Nie potrafiła dorastać jako kobieta – po pierwsze; po drugie nabawiła się poważnej niechęci do instytucji, o którą pomoc poprosiła w pierwszej kolejności.

Szło to mniej więcej tak. Agnieszka lat 8, niespełna rok po molestowaniu, szykowała się do pierwszej komunii świętej. Totalnie przejęta tym, co Kościół mówi i w dalszym ciągu nierozumiejąca, co tak na dobrą sprawę się wydarzyło, przy okazji pierwszej spowiedzi postanowiła opowiedzieć księdzu o tamtym dniu jak o swoim grzechu (sic!).

Dzięki patriarchat!

To brzmi szokująco, ale wtedy, przejęta religijnymi naukami, mała Agnieszka serio uważała, że musi prosić księdza o wybaczenie. Nie rozumiała, że to ona została skrzywdzona, że to ją powinno się przepraszać i jakby instynktownie brała na siebie winę. Jeszcze nie była kobietą, była dzieckiem – mniej niż kobietą – a już robiła to, czego się od kobiet oczekuje. I tak, podeszła do konfesjonału maksymalnie zestresowana, wygłosiła formułki i mniej bolesne grzechy, po czym zaczęła wykrztuszać, wyjąkiwać słowa swej „okrutnej winy”.

Nie powiedziała wszystkiego, bo – hip hip, fanfary – księdzu, który miał być jej powiernikiem, szybko skończyła się cierpliwość, wszedł jej w słowo i przerwał w trakcie mówienia. Wyszeptał rozgrzeszenie, polecił odmówić litanię do Najświętszej Maryi Panny, zastukał w konfesjonał. Ok, nie każdemu spowiednikowi chce się odnosić do wyznań grzesznika, ale ten pan nie poczekał nawet, aż dziewczynka skończy i powie: „więcej grzechów nie pamiętam”. Nijak nie pomógł jej w przeżywaniu tego momentu. Nie zwrócił się do niej ani jednym słowem.

Ode mnie: komentarz

Zachowanie wspominanego księdza wydaje mi się równie przemocowe, co sam akt molestowania. Zawsze myślałam, że konfesjonał powinien służyć wyznawaniu tajemnic. A widok skrzywdzonego dziecka wzbudzać pragnienie niesienia pomocy. Ksiądz, na którego tamtego dnia trafiła Agnieszka, najwidoczniej uważał jednak inaczej.

Jakby nie było, jedno zostaje pewne. Mała Agnieszka bardzo potrzebowała usłyszeć: „nie przepraszaj, to nie twoja wina”. Gdyby te słowa padły, być może jej historia potoczyłaby się inaczej. A tak, odeszła od konfesjonału w przekonaniu o swoim grzechu i bezwartościowości, i męczyła się z nimi przez kolejne 20+ lat.

Konsekwencje

Oto, co katolickie wychowanie robi małym dziewczynkom: każdej niedzieli, gdy Agnieszka dreptała alejką w kościele po komunię, była przekonana, że spali się w piekle. Jeszcze jeden krok, jeden krok więcej, a płytki otworzą się i wpadnie jak Carrie pod ziemię. Czuła lęk tak wielki – lęk przed wyznaniem winy – że wolała kusić los, czekać wiekuiste potępienie, ale nie mówić nikomu. Gdy szykowali ją do bierzmowania, klęczała w kościele i biczowała się w duszy. Boże, gdzie jesteś? Boże, czy jesteś? – pytała. Miała 14 lat i zaczęła wątpić. No bo… jak to możliwe, żeby On nie reagował? Żeby się nad nią znęcał? Chciała kary, czegokolwiek. Nie dostała nic.

A nie, przepraszam, karała się sama.

Bierzmowanie to sakrament wtajemniczenia, umocnienia relacji z Bogiem. Agnieszka sakrament przyjęła, ale nie powiedziałaby, że w jego wyniku stała się dojrzałym członkiem Kościoła. Przeciwnie. Poczucie winy, które początkowo kazało jej szukać ratunku w Kościele, z biegiem czasu zaczęło przekształcać się w poczucie krzywdy. I rodzić złość. W końcu zaczęła rozumieć, że: 1) nie ponosi odpowiedzialności za molestowanie; 2) jedyna osoba, której powiedziała, powinna była zareagować. Agnieszki błąd, że w dobrodusznej naiwności swojej na powiernika wybrała przedstawiciela instytucji, która z dziećmi nie powinna mieć wiele wspólnego.

O edukacji zdrowotnej

W ostatnim wpisie (zob. AGNIESZKA: MOLESTOWANIE…) pisałam:

Gdyby ktoś zrobił jej rzetelne wprowadzenie do życia w rodzinie, wiedziałaby, że nie może milczeć. To nie musiało się zdarzyć, a jednak zdarzyło się i zdarza każdego dnia na świecie.

Nie tak dawno temu MEN proponowało, aby nowy przedmiot: Edukacja zdrowotna, zastępujący dawne Wychowanie do życia w rodzinie, był realizowany obowiązkowo od roku szkolnego 2025/2026. Jak wiemy, ostatecznie tak się nie stanie i Edukacja zdrowotna pojawi się jako nieobowiązkowa1. Wszystko dzięki silnym napięciom w społeczeństwie, podkręcanym przez – dobrze wiecie. Nie pomogły apele specjalistów, medyków2, logiczne argumenty, że inwestycja w edukację społeczeństwa od dziecka to najskuteczniejsza profilaktyka chorób cywilizacyjnych (tj. otyłość, cukrzyca, depresja), zakaźnych (powodowanych przez np. wirus HPV) czy nowotworowych (rak szyjki macicy). Kościół podniósł alarm, z każdej ambony padały groźby seksualizacji dzieci i sprawa się rypła.

Co w edukacji zdrowotnej złego?

Kością niezgody okazał się jeden moduł nowego przedmiotu, czyli próba kompetentnego nauczania o seksualności w jej różnych aspektach. Dotychczasowe WDŻ ograniczało się do wąskiego spojrzenia na seks w kontekście heteronormy i prokreacji. Nowy przedmiot napisano tak, by poszerzał świadomość dzieci i uczył unikania wartościujących określeń w odniesieniu do m.in.: antykoncepcji, aborcji, chorób przenoszonych drogą płciową, nieheteronormatywności, świadomej zgody i nadużyć w sferze seksualnej.

Wg mnie tak powinna wyglądać podstawa wychowania w każdym domu, ale, niestety, dla wielu w dalszym ciągu świadoma zgoda to seksualizacja dzieci; aborcja – zabijanie; antykoncepcja – grzech; niebycie heterykiem – bycie popaprańcem; doświadczanie przemocy seksualnej – kuszenie i proszenie się. Absurd. W tym miejscu pojawia się pytanie: jeśli dziecko nie będzie oswajane z takimi tematami w sposób profesjonalny (a czy to możliwe w domu?), jakim cudem ma nie popełniać tych samych błędów, które każde pokolenie popełnia i o których każde pokolenie milczy? Że Kościół burzy się na edukację seksualną, jestem w stanie „zrozumieć” – musi dbać o nowe pokolenie sponsorów – ale rodzice?! Dziwię im się bardzo, bo to im powinno zależeć, by dzieci były jak najlepiej przygotowane do tych spraw, zdolne mówić: „nie” i świadome swojej wartości. Trzymanie ich w niewiedzy to zaskakująca forma troski o bezpieczeństwo.

Edukacja seksualna a Kościół

Dyskusja wokół edukacji zdrowotnej na momencie odpaliła stare, dobre argumenty wokół „ideologii gender” i „genderyzmu”. W tym kontekście wydaje mi się co najmniej zabawne, że nagonka na ministerialny projekt edukacji zdrowotnej bywa łączona z kościelnym widmem kolonizacji ideologicznej. Przepraszam, ale kto tu kolonizację uprawia? Straszenie widmem i epatowanie troską o dobro rodziny zasłania to, co dzieje się naprawdę. Bo jak najskuteczniej manipulować, jeśli nie negatywnymi emocjami, jeśli nie ideą zagrożonego dziecka? Przekonał się o tym każdy, kto próbował krytycznie porozmawiać ze zwolennikiem systemu. Wiara zbudowana na dwóch mega silnych, negatywnych afektach: wstydzie i winie to bardzo niebezpieczne połączenie.

Kościół, choć oficjalnie szerzy panikę i krytykuje, tak naprawdę potrzebuje tego rodzaju konstrukcji – potrzebuje ich jak powietrza – bo one dają mu wspólnego wroga, przy użyciu którego umacnia swoją władzę. Skutecznie przekonał ludzi do podjęcia działań nie w celu usunięcia wyobrażonego zagrożenia z języka (jak naiwni mogliby sądzić), ale, przeciwnie, w celu ustabilizowania jego negatywnego znaczenia. Proponuję w tym miejscu się zastanowić: kto stworzył „ideologię gender”? No kto? Teoretycy płci? Zapewniam, że nie. Napiszę o tym kiedyś, bo to prawdziwie imponujące, jak i komu z myśli z założenia antyesencjalistycznej udało się zrobić ideologię.

Katolickie/ niekatolickie

Fascynuje mnie w tym kontekście bezczelność, z którą niektórzy katolicy ustawiają wszystko, co nie-katolickie jako sprzeczne z naturą człowieka. To oczywiste, ale może przypomnę: katolickie nie znaczy uniwersalne. Katolickie to partykularne. Wspominana bezczelność polega na tym, że jako partykularne dba o własne interesy, rozszerza własne wpływy i zawłaszcza przestrzeń dla siebie, a jednocześnie nie ustaje w kreowaniu wrażenia, że to, co robi jest dobre i słuszne dla całego narodu. Gdy takie jest tylko dla siebie.

Kościół działa w tym wypadku jak potężny lobbysta – konstruuje i rozpowszechnia dyskurs, poprzez który wywiera wpływ na rzeczywistość polityczną. Efekt widzieliśmy niedawno. MEN i MZ chcieli Edukację zdrowotną zrobić obowiązkową – Kościół się nie zgodził – Edukacja zdrowotna jest nieobowiązkowa. Czy się utrzyma? Zobaczymy za rok.

  1. Sprawdź: https://www.termedia.pl/mz/Edukacja-zdrowotna-jednak-nieobowiazkowa,60245.html ↩︎
  2. Sprawdź: OZZL apeluje w sprawie edukacji zdrowotnej https://www.termedia.pl/poz/OZZL-apeluje-w-sprawie-edukacji-zdrowotnej,60155.html ↩︎

Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *