Tak, Agnieszka sprzed udaru to dla mnie ona.
Agnieszka, trzecia osoba
Ona jako cudacznie obca, nie-moja; bardziej widmowate pokurcze niż stabilna, swojska „ja” przychodzi mi niepokojąco wręcz naturalnie. Ktoś powie: nienormalna. Może i, ale powiedz mi dobry człowieku: jak integrować osobę, którą jestem dziś z osobą, której nawet nie pamiętam? Kłamstwem?
Trzecia osoba podkreśla dystans, jaki do swojego życia sprzed choroby czuję. Nie neguje go, nie maskuje. Jest szczera, oschła i bezwzględna. Może trochę przesadzona, może zbyt radykalna, ale w kontekście myślę, że zasadna.
Choroba zakrzepowo-zatorowa
Udar mózgu nie skończył się dla mnie w 2018 roku. Są różne rodzaje udaru mózgu, a ten, który ja miałam, spowodowany został przez chorobę zakrzepowo-zatorową, konkretnie: zakrzepicę żył mózgowych, zdiagnozowaną u mnie po fakcie.
Zakrzepica naczyń żylnych mózgu (CVT – cerebral venous thrombosis) to trudna do rozpoznania choroba o niejednorodnej etiologii, w niektórych przypadkach (jak mój) o etiologii trudnej do ustalenia. Prowadzi do tworzenia skrzeplin, zakrzepów w świetle naczyń żylnych w obrębie mózgu. Biorąc pod uwagę ryzyko zaburzenia lub zatrzymania dopływu krwi do tkanek mózgu stanowi stan bezpośredniego zagrożenia życia. Choroba występuje rzadko – udar mózgu z powodu CVT to ledwie 0,5-1% wszystkich przypadków udaru1. Co najgorsze, nie ma na nią lekarstwa, tzn. można się na nią leczyć, ale nie z niej wyleczyć.
W efekcie jestem w leczeniu przeciwkrzepliwym już piąty rok. Leczenie przeciwkrzepliwe polega na, mówiąc najprościej, rozrzedzaniu krwi po to, by nie doszło do powstania kolejnego skrzepu i kolejnego udaru. Rozrzedzanie krwi, jeśli kontrolowane, nie jest niebezpieczne, ale wiąże się z długą listą obciążeń. Dla przykładu: przez pierwsze 9 miesięcy miałam dwa zastrzyki w brzuch dziennie i krew do badania pobieraną co tydzień. Teraz tak nie jest – po dwóch latach sporo się rozluźniło – ale leki przeciwkrzepliwe biorę codziennie.
Depresja
Choroba postawiła mnie w dziwnym miejscu. Odizolowała od świata i od siebie na wielu płaszczyznach. Ok, nie sądzę, bym kiedykolwiek zadawała pytania w stylu: „kim jestem?”, ale myślę, że długo nie bardzo czułam, by to życie było moje. Wszystko działo się jakby obok. Co najgorsze, to uczucie nie skończyło się po wyjściu z neurologii. Zostało we mnie i czasem mi doskwiera.
Miałam depresję przez kilka lat. Różne jej stany poznałam; najciekawszy chyba był jej pierwszy okres, który zaczął się zaraz po udarze, bo on klasycznej depresji w ogóle nie przypominał. Szczególnie jeśli wyobrażasz sobie depresję jako słynne: „nie mam siły wstać z łóżka”. Ja wstawałam z łóżka i to chętnie, gdy ktoś o to prosił. Egzystowałam jednak na samym dole: gdy chciałam jeść – jadłam, gdy chciałam spać – spałam, tyle. Nic więcej. Żadnych pragnień, żadnych ambicji, żadnych tęsknot. Zero autorefleksji. Płakałam w szpitalu, bo chciałam do domu, ale nie martwiłam się swoim życiem w jakiejś szerszej perspektywie. Niby wiedziałam, że coś ze mną nie za bardzo i połączenia ze światem nie czułam, ale nie potrafiłam się do tego odnieść ani cokolwiek ze sobą zrobić.
Widmo
Czym jest widmo? Ani to żyje, ani nie żyje. Figurę widma kradnę oczywiście z lektury Derridy. U niego „widmo” miało znaczenie etyczne i polityczne: rzeczywistość była widmowata, bo pęknięta i najeżona upiorami przeszłości, tym co u Freuda „niesamowite”, a u Marksa przemilczane i ukryte.
W moim przypadku widmo pochodzi z bólu i strachu, których nie potrafię zintegrować i oddzielam od siebie. Nieprzepracowane rosną i wracają, i zaczynają prześladować mnie w tej strasznej, spektralnej formie. Swoje widmo widzę jako programowo niedefiniowalny, alogiczny byt, który nawiedza mnie bezlitośnie, wywołuje radykalną obcość i dziwną podległość. Co istotne, widmo nie jest osobnym bytem. Jest cząstką ciebie, która oddziela się w wyniku trudnych doświadczeń, a następnie zaczyna gnębić z tzw. „zewnątrz”, choć owo „zewnątrz” nigdy nie powinno być.
Najgorzej, gdy przyzwyczajasz się do widma tak bardzo, że robisz je swoim. Mówię z doświadczenia. Miałam okres, że wolałam żyć cieniem, złudzeniem – czymkolwiek, co nie zmuszało mnie do konfrontacji ze światem i własną, żałosną sobą. Z perspektywy muszę jednak powiedzieć: nawet najgorsza soba jest lepsza niż złudzenie.
Choroba = nowa normalność
Ponuractwo mam we krwi, dystans do życia też, ale w trzecim roku po udarze zaliczyłam gwałtowny spadek formy psychicznej. Coś się przelało, pękło i nastał bardzo zły czas w moim życiu. Trwało krótko – ot, na miesiąc zniknęłam z powierzchni ziemi – ale wygrzebywałam się kolejne dwa lata. Myślę, że sobie poradziłam, choć jakaś namiastka dawnej grozy we mnie została.
Mój nowy cel w życiu mówi: otrząśnij się, dziewczyno, zaakceptuj, że masz trochę mniej mózgu, nigdy nie będziesz super i idź dalej, bo świat nie skończył się 23 listopada. Przeciwnie: dalej jest i nic sobie nie robi z twoich dramatów. Jak pisał Nietzsche2:
Wartością wszystkich stanów chorobliwych jest to, że ukazują one przez szkło powiększające stany, normalne wprawdzie, ale takie, które jako normalne są mało widoczne
Nietzsche o stanach chorobliwych sporo wiedział, więc biorę jego słowa do serca. A tak serio. Normę kojarzymy z tym, co przeciętne, naturalne, zrozumiałe, powszechne, w domyśle: dobre. Jeśli jednak spojrzymy krytycznie, widzimy, że naturalne, przeciętne i powszechne to w równym stopniu negatywne ujęcia życia: samotność, choroba i śmierć. Te nigdy nie będą do końca zrozumiałe, ale prędzej czy później staną się udziałem każdego.
Każdego dnia umieram bardziej
Nie lubię, gdy ludzie nadają symboliczne znaczenie własnym chorobom. Wiem, w obliczu śmierci ludzie potrzebują wierzyć, że ich cierpienie ma sens – pewnie im to służy, ale ja nie potrafię ufać jakiejkolwiek wzniosłej myśli w temacie. Nie chcę uciekać przed brutalizowaniem materii, nie chcę chować się za ideami. Prędzej czy później choroba mnie dojedzie i uczyni to samo, co uczyniła każdej wspaniałej istocie na tej planecie.
Jeśli czegokolwiek się po udarze nauczyłam, to głównie tego jak mało znaczę. Mogłabym toczyć bajeczkę o tym, jak pokonałam chorobę, jaka jestem silna i dzielna. Tylko po co. Wolę mówić wprost: jestem rozj*bana i prawdopodobnie zostanę taka do końca życia. Nic nie pokonałam, po prostu przeżyłam. Gdy zaakceptowałam tę myśl i pogodziłam się ze świadomością, że pochłonięcie może nastąpić w każdej chwili, zaczęłam rozumieć, jak bardzo chcę żyć tu i teraz – dla siebie i dla tych, których kocham. To ogromna lekcja.
- E. Łuksza i in., Zakrzepica naczyń żylnych mózgu – opis dwóch przypadków, „Polski Przegląd Neurologiczny” 2016, nr 12(4), s. 217-223. ↩︎
- F. Nietzsche, Wola mocy. Próba przemiany wszystkich wartości (studya i fragmenty), przeł. S. Frycz, K. Drzewiecki, Nakład Jakuba Mortkowicza 1910, s. 82. ↩︎
Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki.
6 comments
Twój tekst jest niczym intelektualna podróż przez krainę tematu, gdzie każda strona to nowa sceneria, a każdy akapit to kolejny rozdział fascynującej opowieści.
Dziękuję za miłe słowa. Pozdrawiam!
Ten blog jest po prostu niesamowity – jego różnorodność, głębia treści i profesjonalne podejście do każdego tematu sprawiają, że nie tylko uczę się nowych rzeczy, ale także czuję się częścią społeczności, która stara się wspólnie rozwijać i dzielić się wiedzą oraz doświadczeniem, co jest dla mnie niezwykle inspirujące i motywujące!
Bardzo dziękuję za ten komentarz! Każde pozytywne słowo dużo dla mnie znaczy i motywuje do dalszej pracy. Pozdrawiam 🙂
Pouczająca lektura! Doceniam szczegółowość i dokładność. Szkoda tylko, że niektóre fragmenty są zbyt techniczne dla laików. Mimo to, świetne źródło wiedzy!
Dziękuję bardzo! Pozdrawiam 🙂