W trakcie poudarowej rekonwalescencji, potem COVID-owej pandemii, gdy mieszkałam u rodziców i chowałam się przed światem, Jasia była moją ulubioną koleżanką. Jeździłam do niej powiedzmy raz-dwa w tygodniu rowerem na pogawędki. Ilu fascynujących opowieści się wtedy nasłuchałam! Spisywałam je potem w zeszycie, by nie zapomnieć.
Większość z nich wydaje się dziś niemal nieprawdopodobna, jednak ja wiem, że Jasia zawsze mówi szczerze. Narzeka na pamięć, ale i tak ma pamięć lepszą od mojej. Jasne, czasem opowiada z drobnymi alternacjami, ale… kto nie? Kiedyś, gdy byłam młodsza i głupsza, irytowało mnie, że powtarza się w swoich historyjkach. Czasem przerywałam jej ze złością. Dziś tego nie robię. Chcę, żeby Jasia wiedziała, że jej słowa są dla mnie ważne, a słuchanie jej jest przyjemnością.
Ode mnie: o motywach
Tęsknię za światem mojego dzieciństwa; za jego naturalnością i bezpośredniością. Powinnam pamiętać lata 90., gdy byłam dzieckiem, biegałam po łąkach, bawiłam się z siostrą „w człowieka”, skakałam po traktorze u dziadków albo wcinałam jabłka w ich sadzie, woziłam się wózkiem z niebieskimi kółkami, grałam w piłkę z chłopakami, ewentualnie państwa-miasta w domu. I nie miałam pojęcia o tym, co mnie czeka. Przez wiele miesięcy po udarze starałam się wskrzesić w głowie jakiś autentyczny obraz z tamtych czasów, ale… nie mam nic. Jedyne, co mi zostało, to opowieści z drugiej ręki, cudze interpretacje.
To pewnie naiwne, ale gdy piszę, próbuję ocalić tamten – już przeszły, choć jeszcze trochę obecny – świat od zapomnienia. Postać Jasi jest dla mnie w tym kontekście wyjątkowo ważna, ponieważ jest ostatnim ogniwem tak wyraźnie łączącym mnie z przeszłością.
Oto jej historia.
Prolog
Jasia nie miała lekko w życiu. Urodziła się kilka lat przed II wojną światową na małej wsi w prostej rodzinie. Gdy wybuchła wojna, była w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Z wojny pamięta niewiele, głównie biedę i strach. Po do szkoły już nie wróciła. Była panną, potrafiła podpisać się i pomodlić – tyle potrzebowała. Na papierki ze szkoły nie było wtedy czasu. Pracowała w polu i przy gospodarce od rana do wieczora; zdobywała fach, z którego później miała żyć. Była pilną uczennicą – silną, obrotną, posłuszną; dumą dla starszych. Nic dziwnego, że bardzo wypychać jej z domu nie chcieli. Za mąż wyszła dopiero w wieku 22 lat.
Gdy się poznali, Władek miał 30 lat i był zdeterminowany szybko znaleźć pannę skorą do małżeństwa. Kawalerowie mogli więcej – w przeciwieństwie do panien mieli czas, by się wyszumieć (panny nie szumiały), ale i tak, na progu czwartej dekady życia wielu singli w tamtych czasach nie było. Przy drugiej wizycie u Jasi w domu Władek poprosił rodziców o rękę dziewczyny. Jakie musiało być jego zdziwienie, gdy Pan Tata zdawał się ociągać z przystąpieniem na propozycję. Rodzice z reguły nie zwlekali. A już na pewno nie rodzice starych panien. Władek był majętnym kawalerem, bez uzależnień, z gospodarką do dziedziczenia – Pan Tata powinien być dumny, że zwrócił na jego „pasturkę” uwagę. Jasię, oczywiście, nikt o zdanie nie pytał. Ona miała zrobić, jak matula z tatulą powiedzą.
Krwawe gody
Matula z tatulą powiedzieli: „tak”, więc i Jasia nałożyła białą suknię. Ślub odbywał się w niedzielę o godzinie 12. Do kościoła państwo młodzi pojechali paradną furą – wozem bogato zdobionym i zaprzężonym do odświętnego konia. Normalnie Jasia zasuwała 6-7 km na msze z buta i to biegiem; posadzenie jej na wozie – atrybucie pana domu – podkreślało wyjątkowość tamtego dnia.
Rodzice nie wybierali się na ślub, bo przygotowywali wesele w domu panny. Matka z pomocą babki i kilku kumoszek ze wsi gotowała obiad, a stary jeździł za wódką, bił parkiet z desek na podwórzu i na koniec zbierał gości po wsi. Dostarczył ich w sumie cztery furmanki. Na marginesie: w tamtym świecie nie wręczano nikomu imiennych zaproszeń na tłoczonym papierze. Generalnie kto załapał się na wóz, jechał na wesele – nieważne, jak blisko był z młodymi.
I tak, wszystko było tip-top przygotowane, niestety zanim wesele się rozkręciło, do domu wpadła grupka podejrzanych typów, którym przewodził pewien narwaniec zwany w okolicy Bitnikiem. Ów wskoczył na stół państwa młodych, wyciągnął nóż zza pazuchy i zaczął się awanturować. Czemu? Nie wiemy. Być może tak panowie dawniej postrzegali dobrą zabawę? Anyway, pięści poszły w ruch, butelki z wódką na stracenie, panny uciekały z piskiem.
Jedną z nich była Jasia. Przerażona awanturą, schowała się u sąsiadów i tam spędziła resztę swojego wesela. Wróciła na miejsce, dopiero gdy panowie rozeszli się do domów. Na podłodze, między resztkami szkła i jedzenia, znalazła swego lubego, jak śpi z pociętą marynarką na plecach i pustą flaszką w ręce. I cóż miała, biedna, zrobić? Nie śmiała go budzić. Siadła na krześle obok i czekała, aż małżonek przebudzi się na kacu i zarządzi, co dalej.
Ślub cywilny
Ślub cywilny Jasi i Władka różnił się od kościelnego bardzo. To była końcówka lat 50. XX wieku. W tamtych czasach młodzi powinni pierw zawierać ślub cywilny – ważny w świetle prawa, dopiero później kościelny czy inny wyznaniowy (ślub konkordatowy w Polsce wprowadzono w 1998 roku). Dla Jasi i Władka, głęboko wierzących, ślub cywilny był ledwie formalnością, której musieli dopełnić, gdy na świecie pojawiła się ich pierwsza córka.
Nie fatygowali się do USC w mieście 25 km dalej, lecz umówili ze stosownym urzędnikiem u sąsiadów na wsi. Władek wziął rower i flaszkę odpowiedniego trunku pod pachę, i pojechał na miejsce ceremonii. Drugiego roweru w domu nie było, toteż Jasia pobiegła za nim przez pola na skróty. Po spisaniu papierów nastąpiło symboliczne „wesele”, w którym młoda nie uczestniczyła z powodu natłoku obowiązków. Wróciła do domu oporządzić gospodarkę i dojrzeć dziecko w kołysce, a młody opił małżeństwo z sąsiadami należycie.
Gdy tracisz nogę
Patrzę na zdjęcie Jasi i Władka zrobione podczas ich pięćdziesiątej rocznicy ślubu. Jasia trzyma kwiaty i głośno się śmieje, a Władek tuli do niej i uśmiecha od ucha do ucha tak szczerze, tak serdecznie. Myślę, że nie widziałam go nigdy w takim uśmiechu. Pół wieku – tyle spędzili razem: w szczęściu i chorobie, w biedzie i znoju, stawiali czoła wielu trudnościom i zawsze dawali radę. Na zdjęciu mają siwe włosy, głębokie zmarszczki, zgarbione plecy, ale ich oczy błyszczą ze szczęścia. Ten błysk odejmuje im lat; w tym błysku widać prawdziwą bliskość.
Ożenili się, w ogóle się nie znając. Zrobili to, ponieważ chcieli pójść na swoje. Władek wybrał sobie „pasturkę”, a ona poszła za nim. Wiem, że był dobrym człowiekiem, ale też niespokojnym duchem o cholerycznym temperamencie. Szybko wpadał w złość i rzucał swoją chłopską mycką nie raz, nie dwa o ziemię. Jasia przy nim była prawdziwą oazą spokoju; można powiedzieć, że dobrali się znakomicie. Gdy jemu z uszu/ nosa leciała para, ona jedna potrafiła rozbroić go uśmiechem.
Na wspominanym zdjęciu Władek nie ma nóg. Był chory, cierpiał na poważne niedokrwienie kończyn dolnych, które w połowie lat 90. doprowadziło do amputacji jednej nogi, a kilkanaście lat później do amputacji drugiej. W obu przypadkach amputację przeprowadzono w połowie uda. Jako osoba niepełnosprawna przeżył w sumie szesnaście lat.
Choroba zabrała mu życie, które znał. Po pierwszej operacji chodził o kulach, a ponieważ nie mógł wiele robić, zajmował się głównie siedzeniem na ławce pod płotem z papieroskiem w ręce, plotkami z sąsiadką i monitoringiem okolicy. Miał 60-kilka lat, tyle jeszcze mógł zrobić: wyremontować dom, zaorać pole, posadzić ziemniaki, ale… życie. Musiało mu być cholernie ciężko, choć krył się z tym całkiem sprytnie. Jedyną osobą, przed którą nigdy tego nie robił i która nieraz rykoszetem za to obrywała, była Jasia.
Matka-Polka
Choroba Władka to był, myślę, także dla niej poważny kryzys. Bo nie do takiej roli Jasię pisali. Po operacji wszystko się zmieniło. Wszystko. Jasia musiała wyjść przed szereg. I tak, rano pomagała Władkowi ubierać się, przygotowywała dla niego jedzenie/ picie. Potem biegła do gospodarki oporządzić zwierzęta. Po kilku godzinach pracy z motyką na polu wracała do domu, robiła obiad. Po obiedzie znowu za motykę. Wieczorem do gospodarki i do męża. I jeszcze wnukami się zajmowała, jeśli któraś córa jej podrzuciła. Jak podręcznikowa Matka-Polka poświęcała życie, wszystkie siły dla rodziny.
Czasem zastanawiam się, czy Jasia potrafi myśleć o sobie w liczbie pojedynczej. Gdy rozmawiamy, naprawdę bardzo, bardzo rzadko się zdarza, by mówiła wprost o tym, co ona sądzi/ czego ona chce. Muszę dopytywać albo dopowiadać sobie, wyczytywać z kontekstu, emocji, tonu głosu. Jest prawdopodobnie najmniej egocentryczną osobą, jaką kiedykolwiek spotkałam. Uwielbia mówić o przeszłości, ale zawsze mówi o kimś, referuje jakieś zdarzenie. Ciągnę ją za język, by dowiedzieć się czegoś więcej o niej. Nie wiem, czy to kwestia jej charakteru, czy programowania społecznego, które kobietom urodzonym w pierwszej połowie XX wieku nakazywało bezgranicznie fokusować się na sprawach rodziny. Czasem mam wrażenie, że Jasia uważa się za osobę nieważną, mało istotną. Być może dlatego zapragnęłam o niej napisać – niejako z przekory, by udowodnić, że się myli, bo ona – Jasia – też jest ważna. I nie trzeba specjalnego powodu, by jej ważność usprawiedliwiać.
Gdy tracisz drugą nogę
Po trzynastu latach od pierwszej amputacji, przeprowadzono drugą. Po niej Władek żył jeszcze trzy lata, a czas spędzał głównie w łóżku, ewentualnie na wózku inwalidzkim (gdy ktoś pomógł Jasi go tam posadzić). Jasia coraz częściej sama potrzebowała pomocy. Była już w zaawansowanym wieku: zgarbiona, z chorymi stawami, miażdżycą, po zawale, z wiecznym bólem głowy i innymi obciążeniami. Wykonywanie codziennych obowiązków przychodziło jej z trudnością. I jeszcze Władek potrzebował jej dosłownie we wszystkim. Tyle że sam jadł, ale i tak, Jasia musiała mu jedzenie zrobić, a ponadto dźwigać, sadzać, myć, podawać, ubierać, troszczyć się, wysłuchiwać, pocieszać. Była tak zmęczona, nawet kładła się w dziennych ubraniach spać, bo wiedziała, że zaraz Władek ją krzykiem obudzi i będzie musiała do niego iść. I jeszcze się nasłucha, że za wolno.
Gdy wychodziła z domu, Władek robił się jeszcze bardziej nerwowy. Nieważne, że miał wszystko w zasięgu ręki. Potrzebował Jasi. Złościł się na innych opiekunów i przeganiał od siebie, gdy widział, że Jasia idzie i zaraz będzie z nim. Nie pozwalał jej odpocząć ani zająć się czym innym. Jasia powinna być przy nim 24/7. Widać tu brutalność choroby. I nie mówię o konkretnej Władka chorobie, a o chorobie w ogóle. To bardzo smutne, gdy byłeś super gościem przez 80 lat, ale na dwa-trzy ostatnie zamieniasz się w tego bezsilnego, złamanego starca, który zwyczajnie nie daje rady. Ryzyko, niestety, duże, że takim cię ludzie zapamiętają.
Gdy czekasz na koniec
Po śmierci Władka życie Jasi zmieniło się po raz kolejny. Mieszka z córką, córka się troszczy, ile może, a Jasia i tak narzeka. Tęskni za przeszłością: za pracą, trudem, zmartwieniami, nadziejami, za dziećmi w nią wpatrzonymi, za starym domem – za wszystkim dla czego dawniej żyła.
Dziś nie zostało jej wiele. Nie ma celu w życiu poza tym ostatnim. Gdyby chociaż mogła pójść na pole i pohakać motyką w ziemi… Coraz częściej czuje się niepotrzebna, czuje się ciężarem dla bliskich. Zaczyna rozumieć, jak było Władkowi przez kilka lat na łóżku. Dawniej, choć dzień w dzień padała na pysk, nie czuła samotności. Jej tęsknota za tamtym życiem umniejsza trud i ból, z jakimi musiała dawać sobie radę. Współczuję jej, ale też zazdroszczę. Przeżyła 89 lat fascynującego życia, urodziła czwórkę dzieci, doczekała się ośmiorga wnucząt i póki co siedmiorga prawnucząt. Wbrew temu, na co narzeka – nie jest sama. Nigdy nie będzie sama. Ma ludzi, którzy ją kochają i którzy będą z nią do końca. Nie każdy ma takie szczęście.
Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!