Każda choroba jest paskudna, jasne, ale choroba, która Magdzie się trafiła – nowotwór złośliwy żołądka – jest wyjątkową suką. Być może powinnam bardziej ważyć słowa – w końcu ludzie zwykli mówić ściszonymi głosami o ciężko chorych – ale ja naprawdę chcę pomóc dziewczynie. Chcę oddać prawdę jej sytuacji, dlatego nie będę gryźć się w język. Tekst może wyjdzie przez to brutalny lub szorstki, ale czuję, że w tym przypadku nie mogę/ nie powinnam ładnie pisać. To zmuszałoby mnie do kłamania lub upraszczania, a to Magdzie nie pomoże.
Diagnoza
Diagnoza spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Cytuję:
(…) po zgłoszeniu się do szpitala na niewielki zabieg laparoskopowy, zostałam zaproszona do malutkiego pokoju, gdzie w kilka minut mój świat legł w gruzach. Po rutynowej tomografii okazało się, że rak zajął praktycznie cały obszar brzucha, wraz z jelitami, drogami rodnymi, węzłami chłonnymi… trzeba było operować natychmiast, a i tak rokowania były niewielkie.
Zabieg usunięcia guzów nowotworu złośliwego został przeprowadzony tylko częściowo, ponieważ, jak się okazało, część z nich nie poddawała się wycięciu ze względu na ich położenie. Wynik badania histopatologicznego po operacji wykazał:
rak złośliwy żołądka – przerzuty – stadium CS IV paliatywne.
Chemioterapia
Dwa miesiące po zabiegu Magda rozpoczęła leczenie chemioterapią. Chemioterapia to bardzo inwazyjna metoda leczenia. W dużym uproszczeniu: choremu podaje się możliwie jak największe dawki leków cytostatycznych po to, by zmniejszać komórki rakowe i hamować ich namnażanie, a jednocześnie – niezamierzenie oczywiście – wyniszcza się komórki prawidłowo funkcjonujące. Chemioterapia chemioterapii nierówna; są różne jej rodzaje w zależności od zaawansowania i charakteru choroby. Także reakcje organizmu na poszczególne cykle podawania leku mogą się różnić.
Do najczęściej obserwowanych skutków ubocznych chemioterapii zalicza się:
- nudności i wymioty,
- utratę włosów,
- negatywne samopoczucie – uczucie osłabienia i zmęczenia,
- brak apetytu i utratę wagi,
- uszkodzenie szpiku kostnego,
- obniżoną odporność,
- zaburzenia czucia i równowagi,
- zapalenie błony śluzowej układu pokarmowego + biegunki, owrzodzenia,
- zaburzenia rytmu serca i zapalenie mięśnia sercowego,
- zakrzepicę żył głębokich (leki stosowane w chemioterapii mogą zwiększać krzepliwość krwi; podobnie długie unieruchomienie pacjenta – do czego ZŻG może doprowadzić wiem, niestety, dobrze),
- wynaczynienie (czyli przypadkowe przedostanie się leku poza naczynia żylne do tkanek otaczających, które może prowadzić do miejscowych stanów zapalnych, owrzodzeń, a nawet do martwicy),
- zakażenia układu moczowego,
- zaburzenia płodności lub całkowitą jej utratę.
W momencie, gdy piszę te słowa, Magda przyjmuje chemioterapię. Znosi ją bardzo źle – od przyjęcia ostatniej dawki wymiotuje, jest bardzo osłabiona, nie może wstać z łóżka. Dramatycznie wychudzona, blada (na stronie zbiórki w sekcji komentarze możecie zobaczyć jej obecne zdjęcia) nie przypomina tej uśmiechniętej, młodej, pięknej kobiety, którą jeszcze dwa lata temu była. Ze względu na nieustępujące duszności leży podpięta do aparatu tlenowego. Nie widzi perspektyw na poprawę i coraz częściej czuje, że ma dość. To jest męka przez co przechodzi.
Ode mnie: widmo śmierci
Sytuacja zmusiła Magdę do oswajania się z perspektywą własnej śmierci. Im dłużej jest w chemii, tym częściej myśli, że chciałaby, żeby to już się skończyło. To jest ten moment, gdy ludzie mówią: „nawet tak nie mów”, „musisz żyć”, „będzie dobrze”. A ja z przekory pytam: czy nie sądzicie, że to naprawdę głupie, że nie pozwalamy sobie myśleć o śmierci? Człowiek powinien mieć pełne prawo do umierania tak samo jak ma prawo do życia, do wolności; jak powinien mieć prawo do miłości. No ale śmierć boli, śmierć przeraża, więc ją odrzucamy. Szukamy oparcia we mrzonkach, fantazjach; bronimy się przed oswajaniem końca tak długo jak to możliwe. Aż w końcu przychodzi ten moment, gdy nie mamy gdzie uciekać, gdy nie mamy się czym zasłaniać i musimy – zwyczajnie musimy – pogodzić się z tym, co nieuniknione.
Ja wiem, takie tanatyczne rozkminy robią ze mnie freak’a, ale serio – powiedzcie mi – naprawdę nigdy nie myślicie o własnej śmierci? Ok, może faktycznie jestem trochę inna, bo na jakimś symbolicznym poziomie przeżyłam własną śmierć i płakałam nad otwartym grobem, i raczej obca jest mi perspektywa dziarskich 30-latków z naiwnością planujących swoje życia. Uważam jednak – zupełnie rozsądnie, myślę – że świadomość śmierci powinna być formą walki o siebie. W skrócie: gdy oswajam zagrożenie, gdy wcielam je sobie w głowę – gdy czynię je częścią siebie – odbieram mu destrukcyjną moc. Rzucę teraz błazeńskim frazesem, ale każde umieranie zaczyna się sekundę po narodzinach. W tym kontekście uciekanie przed śmiercią to zbędny wysiłek. Chyba lepiej wykorzystać tę energię na coś innego?
Mamy nie może zabraknąć
Szczególnie, gdy ma się dobry powód. Magda miała 33 lata, gdy usłyszała diagnozę. To było rok po narodzinach jej wymarzonej córeczki. Chwilę przed myślała, że jej życie dopiero się zaczyna. Że dopiero teraz – jako mama, żona – będzie realizować się w pełni. Będzie nieprzyzwoicie szczęśliwa. Macierzyństwo samo w sobie jest ogromnym wyzwaniem – szczęściem, tak, ale też ciężką pracą, niedocenianą przez wielu. W przypadku Magdy wyzwania związane z macierzyństwem są 100x większe, bo jako osoba chora każdego dnia walczy o kolejny.

I choć przechodzi obecnie ciężki czas, wie, że dla Helenki i Tadeusza musi żyć. Nie może nie zobaczyć, jak jej córeczka uczy się czytać; jak jej synek recytuje wierszyk na Dzień Mamy. Nie może skazać męża na samodzielne wychowywanie dwójki dzieci. Dla nich jest gotowa iść przez piekło.
Prawdopodobnie najgorsza jest tu świadomość, że jej dzieci są za malutkie, by zrozumieć, że mamy może zabraknąć. Synek cztery latka, córeczka dwa. Jak coś takiego wytłumaczyć takim maluszkom? Mama jest centrum ich świata, nieodzowną częścią ich życia. Mamy nie może zabraknąć.
Szczytny cel
Sytuacja Magdy jest bardzo ciężka – nie będę oszukiwać – jednak udało jej się znaleźć perspektywę leczenia w Izraelu. Tamtejsi lekarze analizują jej przypadek; zna wstępną wycenę, ma za sobą pierwsze badania genetyczne. Niestety to wszystko kosztuje i to absurdalnie dużo. Sam koszt tygodniowego leczenia bez kosztów typu przejazd, zakwaterowanie osoby towarzyszącej itd., to wydatek rzędu 90 tysięcy złotych. 90 tysięcy złotych za tydzień pobytu na oddziale. Wyobraźcie to sobie.
Patowa sytuacja zmusza do podjęcia radykalnych kroków. Z tego względu Magda postanowiła zbierać pieniądze na leczenie w sieci. Nie będę owijać w bawełnę, dlatego mówię: proszę, pomóżcie. Kliknijcie w link niżej – link zaprowadzi Was do strony zbiórki, którą prowadzi Magda (screen z tejże wykorzystałam jako zdjęcie główne do wpisu) – i, jeśli możecie, pokażcie jej swoje wsparcie. Wpłaćcie, ile uważacie za stosowne; wyślijcie jej wiadomość od serca. Dla niej, dla jej męża, dla ich dzieci – to szansa na życie. A dobro zawsze wraca, pamiętajcie.