Mama Aneta

Zdjęcie z prywatnej kolekcji Bohaterki
W ten wyjątkowy dzień powtarzamy wierszyki o zdrowiu, szczęściu i miłości, kupujemy prezenty, mówimy o trudzie i poświęceniu, ale – szczerze – czy rozumiemy, czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, co kobieta musi przejść, by zostać matką?

Gdy odeszły jej wody, była spokojna. Po raz ostatni sprawdziła torbę do szpitala. Dla niej – teczka z dokumentami, koszula do kolan, kapcie, skarpetki, kosmetyki, podpaski poporodowe, wkładki laktacyjne, majtki z siatki, staniki do karmienia, ręcznik, klapki pod prysznic, butelka wody, przekąski w razie kryzysu, ładowarka do telefonu, słuchawki. Dla dziecka – rożek, pieluszki, pampersy, pajacyki rozpinane maciupeńkie, bodziaki, skarpetki, czapeczki, kocyk, mokre chusteczki, krem przeciw odparzeniom. Ok, można iść. Stojąc w drzwiach, rzuciła ostatnie spojrzenie na mieszkanie. Było takie ciche i spokojne. Gdy wróci, już nigdy takie nie będzie. Wiedziała, że właśnie zaczyna się koniec jej życia jako Anety. I że Aneta-Mama idzie się rodzić.

Oto jej historia.

Poród

Sam poród Aneta wspomina jako bezstresowy. Na sali porodowej podłączono ją do KTG, czyli kardiotokografii. KTG monitoruje czynności serca płodu i skurczową macicy. Przeprowadza się je, by upewnić się, że wszystko ok i nie ma żadnych nieprawidłowości. Dalej znieczulenie podpajęczynówkowe w plecy, czyli podanie leku znieczulającego bezpośrednio do płynu mózgowo-rdzeniowego w worku oponowym przez punkcję lędźwiową. Ten rodzaj znieczulenia działa bardzo szybko, ponoć niektóre kobiety już w trakcie podawania leku do przestrzeni podpajęczynówkowej zaczynają czuć mrowienie, drętwienie w nogach. Należy do grupy tzw. blokad centralnych, które przerywają przewodzenie nerwowe w dolnym odcinku ciała, ale, uwaga, nie zawieszają czucia całkowicie. Kobiety po znieczuleniu podpajęczynówkowym nie śpią, są przytomne, a ich odczucia to kwestia indywidualna, choć w przypadku cięcia można je uznać za ogólny dyskomfort.

Jednym z niepożądanych skutków ubocznych znieczulenia podpajęczynówkowego bywa spadek ciśnienia tętniczego, który może wywoływać nudności i zawroty głowy, czasem wymioty. Aneta już niedługo miała się o tym przekonać. Gdy wyjęto z niej Synka, upewniła się, że krzyczy (tzn. żyje) i zwymiotowała. Taka reakcja po znieczuleniu wbrew pozorom nie jest czymś niezwykłym, ale nie jest też regułą.

Ode mnie: o cięciu cesarskim

Po pierwsze: cięcie cesarskie (CC) to bardzo poważna operacja, która powinna być przeprowadzana tylko wtedy, gdy są do tego wyraźne wskazania. Powtarzam: operacja. Ludzie mają raczej marną świadomość tego, czym jest cesarka. Bagatelizują ją, skupiają się na trzech aspektach: planowy termin, krótki czas, brak bólu w trakcie i lekceważą konsekwencje. A te są i mogą być poważne. Ponoć niektóre ciężarne ubiegają się o CC, mając ciąże w porządku. Boją się rodzenia. Ok, kto się nie boi, ale nie o to chodzi. Poród naturalny i cięcie cesarskie nie są równoważne, dlatego nigdy nie powinno się między nimi wybierać. Cięcie z założenia jest przeprowadzane tylko wtedy, gdy poród naturalny nie jest możliwy i wiąże się z takim czy innym zagrożeniem dla życia/ zdrowia dziecka/ kobiety.

Przebieg operacji

Żeby wytłumaczyć, opiszę, jak CC wygląda od tej drugiej strony. Przy cięciach planowych (a takie miała Aneta) kobieta przyjeżdża na salę już zacewnikowana. Akcja zaczyna się od znieczulenia – najczęściej podpajęczynówkowego, czasem ogólnego. Potem dezynfekowanie skóry, nakładanie obłożenia operacyjnego i rozcinanie powłok brzusznych. Zatrzymajmy się w tym miejscu. Zazwyczaj jest dwóch operatorów – jeden główny, drugi asystujący. Operator główny nacina brzuch kobiety na długość ok. 15 cm, następnie rozcina wszystkie kolejne powłoki brzuszne, oddziela je od siebie, aż dochodzi do macicy. Przy macicy operatorzy działają już na cztery ręce. Kobieta jest odgrodzona od zespołu parawanem zrobionym z obłożenia operacyjnego – prawdopodobnie lepiej, żeby nie widziała, co się dzieje po drugiej stronie. Znieczulenie działa, nie czuje bólu, jedynie szarpanie i ciągnięcie o różnym nasileniu.

Gdy operator dostaje się do macicy, ostrym narzędziem wykonuje w niej niewielkie nacięcie. Następnie ręcznie je poszerza, tak by włożyć obie dłonie do jamy, objąć dziecko i ostrożnie wyciągnąć je na zewnątrz. Do tego potrzeba dużej zręczności. Bo dziecko nie wyskakuje magicznie z brzucha – jest zakrwawione, śliskie (tak śliskie, że może wyślizgnąć się z rąk – były takie przypadki), do tego bardzo delikatne, sine, pomarszczone, ulepione mazią płodową, mokre od wód płodowych i krwi. Nie przypomina tych tłuściutkich, czyściutkich, na oko kilkumiesięcznych bobasów przedstawianych jako noworodki w filmach. Po okazaniu mamie potomka (a czasem nawet przed – czasem dziecko pierw ogląda zespół neonatologiczny) następuje zaciśnięcie i przecięcie pępowiny, wydobycie łożyska, zaszycie macicy i zamknięcie brzucha. Całość operacji ma przebiegać jak najszybciej, z reguły trwa około 40-50 minut, przy czym najdłużej schodzi z szyciem. Pośpiech jest tylko do momentu wydobycia dziecka (zwykle czas do wydobycia to kilka minut).

Konsekwencje po

Już po tym krótkim opisie widać, jak poważną ingerencją w organizm kobiety jest CC. Bez poważnego znieczulenia, które hamuje impulsy nerwowe w dolnej części ciała, kobieta by tego bólu zwyczajnie nie przeżyła. Ze znieczuleniem samo cięcie nie boli, ale, jak łatwo się domyślić, brzuch – nie tylko skóra, lecz wszystko w środku – musi się na nowo zrosnąć, a to boli jak cholera. Świeżo upieczona mama po operacji chodzi więc przez kilka dni zgięta z bólu w pół. Bez leków przeciwbólowych w pierwszej dobie wyrywałaby sobie włosy z głowy.

Kolejna rzecz: mimo iż CC polega na m.in. przecięciu wielu tkanek brzusznych, od kobiety po wymaga się niemalże natychmiastowej pionizacji i sprawności koniecznej do podjęcia opieki nad noworodkiem. Tymczasem faktyczna rekonwalescencja po CC trwa tygodniami. W trakcie młoda mama cierpi z powodu przeszywającego bólu w sytuacjach zwiększających ciśnienie wewnątrz jamy brzusznej (czyli przy wykonywaniu tak banalnych rzeczy jak kichanie, kasłanie, załatwianie potrzeb fizjologicznych, śmianie się). A bąbelek nie zna litości – mama musi wszystko przy nim robić; boli czy nie boli, mniejsza z tym.

CC ma wpływ na ciało kobiety także w dalszym planie. Wskutek gojenia się ran po operacji w jamie brzusznej mogą pojawiać się różne zrosty. Zasada jest prosta: im więcej cięć, tym więcej możliwych zrostów, czyli większe ryzyko, że każde kolejne CC będzie trudniejsze do przeprowadzenia. To istotne szczególnie w przypadku niezaplanowanych CC, które wykonuje się w trybie pilnym, gdy życie dziecka jest zagrożone i każda sekunda ma znaczenie. Ponadto każde cięcie oznacza, że na macicy pojawia się blizna, która osłabia ją jako mięsień. W konsekwencji w kolejną ciążę nie można zajść zbyt szybko, ponieważ istnieje realne ryzyko pęknięcia macicy.

Dzień pierwszy

Ok, wróćmy do Naszej Bohaterki. Na pooperacyjnej Aneta początkowo głównie spała. Mąż i obie Mamy zajmowali się dzieckiem na zmianę, a położna mówiła: „śpij, śpij, bo ostatni raz w życiu się wyśpisz”. Szczerze? Przez kilka pierwszych godzin po operacji była w takim stanie, że niewiele ją obchodziło, co się dzieje. W końcu przyszła położna i powiedziała: „czas nakarmić dziecko”. I tu pierwszy problem. Piersi po porodzie Aneta miała niemal sześciokątne od ilości składowanego w nich mleka, a dziecko i tak nie potrafiło złapać za sutka i pociągnąć. Mama powinna pomóc, ale jak? Jak nakarmić tego maluśkiego człowieczka? Jeśli nigdy wcześniej tego nie robiłaś, to musi być kosmos. Aneta poprosiła położną o pomoc. Cytuję fragment z jej opowieści:

Położna sprawnie chwyciła Malucha za kark, ścisnęła mi cycka i połączyła dwa zbłąkane elementy. Było mi wszystko jedno, choć wiem, że w normalnej sytuacji z pewnością prosiłabym o wyjaśnienie i pomoc, a nie o traktowanie mnie jak mleczarki.

Popołudniu nakazano Anecie pionizację. Usłyszała, że ma wstać z łóżka i pójść do łazienki się umyć. Jak wspomina, to był jeden z najbardziej poniżających momentów w jej życiu. Gdy usiadła na łóżku, od razu zaczęła wymiotować. Zawroty głowy miała tak silne, że już po kilku krokach lądowała pod ścianą. Mąż prowadził ją, zgiętą w pół z bólu do łazienki, tam posadził na szpitalnym taborecie pod prysznicem, polewał wodą i pomagał się myć. Ona – naga, skulona, z workiem moczu w ręce (ciągle była zacewnikowana) – wymiotuje pod siebie i płacze.

Dzień drugi

Rano rozwożą dzieci. Wózek z Maluszkiem staje obok Anety łóżka. Chce coś zrobić przy nim – co prawda jeszcze nie wie, co i jak – ale chce. Niech tylko ktoś jej poda Synka, położy na brzuchu lub chociaż pomoże się podnieść. Mhm. Cierp ciało, skoroś chciało. Gdy w końcu udaje jej się samodzielnie wciągnąć Synka na łóżko i zabiera się za pierwsze w życiu pieluchy, zauważa, jak niewiarygodnie miłe w dotyku jest ciało jej Synka. „Jaki on piękny i silny” – myśli. I nagle zaczyna rozumieć, co miała na myśli jej Mama, mówiąc: „urodzisz dziecko i już zawsze będziesz się o nie bać”.

Niedługo później obchód medyków po oddziale. Dopiero co przewozili ją na inną salę wózkiem inwalidzkim i, gdy wchodziła na łóżko, krew trysnęła spomiędzy jej nóg obficie. Wydalanie tzw. odchodów poporodowych (śluzu, pozostałości błon płodowych i krwi) to standard w czasie połogu. W trakcie pierwszych dni wydzielina jest wyraźnie krwista, dlatego często mówi się o tym jako krwawieniu po porodzie. Jest to zupełnie normalna sprawa, ale w tym przypadku, trzeba przyznać, timing na wyciek krwi z pochwy wyjątkowo niefortunny. Aneta chce zapaść się pod ziemię, ale co zrobi, musi rozłożyć nogi przed lekarzem, bo on stoi i czeka. „Proszę zmienić podkład” – słyszy od razu. Czuje się upokorzona, jak śmieć, brudas, ale nie ma siły się tłumaczyć.

W międzyczasie problem z karmieniem się pogłębia. Drugiego dnia po porodzie dziecko powinno zacząć ładnie jeść. Anety Synek tymczasem grymasi. Nie chce jeść, nie przybiera na wadze, a skoro nie przybiera – pobyt na oddziale może się przedłużyć. Aneta prosi o konsultację doradczyni laktacyjnej w nadziei, że może usłyszy jakieś wskazówki, rady, tajemne sposoby. Ta. „Karmić, karmić” – tyle, wizyta zakończona. Wieczorem zaczyna dokarmiać Synka mlekiem modyfikowanym, które po cichu dla niej zostawiła znajoma pracująca na oddziale. Młody wreszcie zaczyna jeść. W nocy ma czkawkę, nie chce spać, więc leżą sobie we trójkę: Mama, Synek i karton lepszego mleka pod kołdrą. „Wrócimy do domu i wszystko się ułoży” – ta jedna myśl siedzi jej w głowie.

Witaj świecie!

Trzeciego dnia wieczorem są w domu. No… to teraz tylko trzeba nauczyć się żyć. Cała trójka – Mama, Tata i Dziecko – każdy ma swoją, wyjątkową rolę do pełnienia i niejedną lekcję do przyswojenia.

W tych pierwszych dniach opiekę nad dzieckiem sprawuje głównie Mąż. Anetę wszystko boli, tak bardzo że nie jest w stanie nawet spać na leżąco. Śpi na siedząco i to tak mocno, że w nocy nie budzi się, gdy dziecko płacze. A do Małego trzeba wstawać co dwie-trzy godziny: karmić, przewijać, tulić, usypiać – szczęście, że jest Mąż, który nie stroni od obowiązków. Jego pomoc ma jednak datę ważności. Cztery miesiące – potem wyjeżdża za granicę do pracy. Cztery miesiące i Mama Aneta zacznie najtrudniejszy etap swojego życia.

W następnym wpisie opowiem, jak ta młoda, dzielna kobieta poradziła sobie z tym, co spotkało ją dalej. A tymczasem… BRAWA! I najlepsze życzenia dla całej Rodzinki, oczywiście.


Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!

2 comments
    1. Druga część historii Anety jest niestety niegotowa ze względu na trudny moment w życiu Bohaterki 🙁 mam nadzieję, że kiedyś powstanie, ale nie potrafię powiedzieć, kiedy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *