Back story
Historia zdarzyła się pewnego popołudnia w wakacje ’96 roku. Mała Agnieszka spędzała je u babci w domu z dwójką kuzynów w tym kłopotliwym wieku, gdy chłopcy zaczynają się mocno interesować sprawami damsko-męskimi. Nie pamięta, w jaki sposób namówili ją do położenia się z nimi na łóżku, ale wie, że słuchała bez problemu. Jako siedmioletnie dziecko nie potrafiła jeszcze nie ufać.
Myślała pewnie, że pokażą jej jakąś nową fajną zabawę. W końcu starszaki, wiedzieli więcej. Ułożyli ją na środku łóżka, a następnie zalegli po jej bokach, blisko, bardzo blisko. I się zaczęło. Jeden siłą rozkładał jej nogi i próbował grzebać między nimi. Drugi uspokajał, uciszał (żeby babcia nie interweniowała) i głaskał po głowie, zapewniał że nic złego się nie dzieje i niepotrzebnie płacze. Agnieszka kopała i rzucała się jak mogła, ręką uderzała jednego w twarz, ale w końcu poddała się. Byli we dwóch, byli więksi i silniejsi. I w końcu włożyli jej ręce pod majtki.
Później
Jako że byli spokrewnieni, mała Agnieszka widywała ich na wszystkich rodzinnych posiedzeniach przez wiele lat do przodu. Nikomu nie powiedziała – bała się, wstydziła, ale przede wszystkim nie rozumiała, co się stało. I dziwnie się przy ludziach zachowywała. Chowała się przed wizytami rodziny, rzadko kiedy odzywała i wolała przebywać tylko w swoim towarzystwie. Wielokrotnie słuchała, jaka jest dzika i niefajna (ciotki nie gryzły się w języki).
W końcu przestała być mała i ze wszystkich sił postanowiła odciąć się i już nigdy o tym nie myśleć.
Rzadko, ale jednak, zdarza się, że zupełnie mimowolnie przed oczami staje jej widok podłego uśmiechu jednego ze swoich oprawców – uśmiech, którym dawniej obdarzał ją przy każdym spotkaniu. Temat nigdy nie pojawił się w otwartej rozmowie, ale wiedziała, że jest między nimi – wspólna tajemnica, zbrodnia i kara – czuła się jego ofiarą, a on miał z niej przyjemność. Jeszcze długo czuła się od jego spojrzenia zależna.
Ode mnie: komentarz
Niby takie nic, no bo co – ktoś powie – kilka minut krzyku i płaczu, gorsze rzeczy dzieją się na świecie. Ok, ale dla tej dziewczynki to był najbrutalniejszy moment w życiu, który pogwałcił wszystko, co znała i położył jej świat na 20+ lat do przodu.
Zakładam, że gdyby ktoś zrobił tym chłopakom rzetelne wprowadzenie do życia w rodzinie, nie szukaliby przemocą odpowiedzi na odwieczne pytania. Bo nie sądzę, by o Agnieszkę im chodziło, lecz o zwykłą ciekawość – case study, praktyczną lekcję z budowy innego ciała. Gdyby ktoś zrobił tej dziewczynce rzetelne wprowadzenie do życia w rodzinie, wiedziałaby, że nie może milczeć. To nie musiało się zdarzyć, a jednak zdarzyło się i zdarza każdego dnia na świecie.
Konsekwencje
Powyższe wypadki wpłynęły na to, jak Agnieszki życie jako dziecka, nastolatki i młodej dorosłej wyglądało. W skrócie: była inna, zawsze inna. W środowisku, w którym dorastała, „inna” nie było powodem do dumy. To był bardzo porządny świat, który nie cenił odmienności. Te są zawsze i wszędzie, wiadomo, ale ludzie, wokół których dorastała Agnieszka, wkładali dużo sił w zamiatanie ich pod dywan.
W szkole nigdy nie była popularna. Z początku pyskata i niegrzeczna tak bardzo, że potrafiła ustawiać się na bójki z chłopakami po lekcjach. W liceum zmieniła strategię; usunęła się w cień, stała odludkiem i, choć nienawidziła tego, siebie nienawidziła jeszcze bardziej. Czuła się gorsza, bezwartościowa. Tak bardzo nie chciała pokazywać, kim naprawdę jest – winną/ ofiarą – że wolała zniknąć, zamknąć się w sobie. Jej bunt, fundamentalny dla całej istoty, stał się mniej oczywisty; okazał się nie przejściową pozą głośno manifestowaną i hormonalnie uwarunkowaną, a trwałą dyspozycją do sprzeciwu i samotnictwa. Bo tylko w samotności miała spokój, chwilę oddechu od ciągłej „walcz albo uciekaj” reakcji. Powoli wyrastała na osobę z turbo niską samooceną, głęboką nieufnością do wszystkich i wszystkiego, wiecznym strachem i agresją.
Na studiach zmieniła strategię: zmęczona własną nieudolnością, postanowiła manifestować, że jest ponad to, ponad ludzi, a nawet ponad siebie. Zaczęła ryzykować, szukać doznań, znosić ból i prokrastynować. Traktować się przedmiotowo. Próbowała różnych ludzi i różnych miejsc, ale jedno trwało wiernie: zawsze czuła, że jest inna, nie tam, gdzie powinna, w jakimś niesprecyzowanym „obok”. Nawet dziś, nieważne, w jakim towarzystwie jak bardzo stara się dopasować, ile pochwał usłyszy, to uczucie wyżera ją od środka.
Przykład Agnieszki pokazuje, jak bardzo autoagresja nie musi być cięciem się żyletkami na podłodze w łazience. To równie dobrze zachowywanie się w sposób poniżający, przekonanie, że nie zasługuje się na miłość, że jest się bezwartościowym. To też chorobliwy perfekcjonizm, ciągła wątpliwość i surowość w ocenie siebie. To trudności w rozpoznawaniu i realizowaniu własnych potrzeb. To sabotowanie relacji z bliskimi.
Anty-esencja
Kolejnym spadkiem po molestowaniu okazał się problematyczny stosunek do własnej tożsamości płciowej. Rodzaj żeński bardzo długo kojarzył się Agnieszce z byciem ofiarą. Z tego względu nauczyła się mówić o sobie w rodzaju jakimkolwiek. Lubi, gdy bliscy zwracają się do niej męskim pseudonimem; lubi nosić męskie ciuchy i okulary; lubi westerny, glany i gitary; nie znosi biustonoszy i okresu; nie chce dzieci; nie spotkasz jej na wieczorkach z szałwią i ploteczkami. No, chłopczyca lvl 99, jednak bardzo wrażliwa i emocjonalna. Jak to interpretować?
Rodzaj nie-kobiecy u wielu wywołuje niepokój, Agnieszce jednak przychodzi naturalnie. Nie pamięta, kiedy to się u niej zaczęło. Dorastając, zastanawiała się, czy może jest transpłciowym gejem (tak bardzo nie chciała być hetero cis-kobietą). W końcu uznała, że żadnej płci nie lubi i najwygodniej jej pomiędzy, w symbolicznej sferze permanentnej niespójności, gdzie zaimki nie zmuszają do definicji.
Długo zanim usłyszała o niebinarności, w jej głowie mnożyły się pomysły na to, jak wyjść na zewnątrz, opuścić ten cholerny nawias, prostackie podziały i wreszcie zacząć oddychać. Miała różne pomysły na określenie tego, kim jest, ale ostatecznie przystała na pomysł, że to nie jej tożsamość wymaga uzgodnienia, a sposób, w jaki siebie czuje. Dochodzenie do tego momentu trwało. Dopiero po 30. urodzinach zaczęła patrzeć na siebie jak na kobietę. Trochę nietypową, ok – z feminitywami prawdopodobnie nigdy się nie pogodzi – ale przynajmniej zaczęła akceptować myśl o krzywdzie nieprzepracowanej, latami tłumionej. I za nią w pierwszej kolejności się brać.
Ofiara
W tym miejscu zwracam się do osób, które podobnie jak Agnieszka doświadczyły przemocy seksualnej i zdecydowały się cierpieć w milczeniu. Proszę, opowiedzcie o tym. Wyrzućcie to z siebie. Ktoś wyrządził Wam ogromną krzywdę, ale to od Was zależy, czy będziecie kultywować w sobie wizerunek biednej, pokrzywdzonej ofiary czy przeinterpretujecie to na Waszą korzyść. Spójrzcie na Agnieszkę.
Agnieszka zwlekała z terapią zbyt długo. Wypierała, wypierała, aż w końcu stała się skorupą wydrążoną z człowieka. Bała się, że gdy zacznie mówić, okaże się ofiarą, ale – surprise – ona ofiarą cały czas była.
Mówienie o krzywdzie
Bała się cholernie, trzęsła ze strachu, gdy mówiła o tym po raz pierwszy, ale wiecie co? Gdy wypuściła słowa z ust, słowa straciły na sile. Gdy powiedziała je kolejny raz, straciły tym bardziej. Długo ćwiczyła i w końcu nauczyła się mówić o tym, jak o kolejnej historii.
Nie będę Agnieszki na siłę empowermentować, ale chcę podkreślić ten moment: mówienie o molestowaniu sprawiło, że wyszła spod tej historii – historia przestała być większa od niej. A ona przestała czuć się ofiarą. Gdy myśli o minionych latach, stara się okazywać sobie troskę i zrozumienie. Pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć/ ominąć, trzeba przez nie przejść. Nieważne, ile czasu na to poświęcisz. Ważne, że to robisz i dzięki temu rośniesz.
Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!