Niepamiętanie jest irytujące: wpływa na relacje z ludźmi, możliwości pracy, własną samoocenę i jako takie ma dalekosiężne skutki. Zatrzymuje mnie w jakimś punkcie pomiędzy. Generalizując, każde życie dzieje się w pomiędzy, czyli – w optymistycznym scenariuszu – w przechodzeniu z jednego punktu do drugiego. Niestety, u mnie pomiędzy działa nie w stanie pozytywnej transgresji, lecz inercji, w której na długo utknęłam po udarze.
Zmiana dokonała się gwałtownie, jakby beze mnie, a jednak we mnie. W skrócie: przyszedł udar i zburzył wiele z tego, co myślałam, że jest moją podstawą. Musiałam się w tym odnaleźć, ale pierw zobaczyć chaos, którym podszyta jest każda, dobrze znana opowieść. Naturalnym ruchem w takiej sytuacji jest reakcja obronna. I tak, miesiącami uczyłam się języka i własnej pamięci, a jednocześnie trwałam w bezruchu, przerażona widmem zmiany. Dopiero świadome pisanie pomogło mi pogodzić się z najgorszą poudarową konsekwencją: niepamiętaniem.
Niepamiętanie w praktyce
Jak niepamiętanie wygląda w teorii, pisałam w ZABURZENIACH PAMIĘCI. Teraz więcej o życiu na co dzień. Czasem ludzie patrzą na mnie z niedowierzaniem, gdy mówię o zespole amnestycznym. Widzę, jak na usta ciśnie im się: „przecież wyglądasz normalnie”. Wyglądam normalnie, nie chodzę z kartką przyczepioną do pleców: „uwaga, chora”, ale to nie znaczy, że nie jestem chorobą naznaczona. Fun fact: ludzie z zaburzeniami często wyglądają normalnie. Więcej: są normalni, nawet jeśli czasem zachowują się inaczej niż większość.
I tak, z własnego niepamiętania zdawałam sobie sprawę stopniowo. Nie zaliczyłam dramatycznego objawienia teatralnym głosem z off-u: „ona nie pamięta”. W miarę, jak ustępowały problemy ze świadomością, coraz wyraźniej orientowałam się, że trudnością jest dla mnie np. powtórzyć ciąg więcej niż pięciu cyfr. Że kilka minut po 12 nie wiem, czy wzięłam tabletkę w południe czy nie. Że pójdę do pokoju, a będąc w nim, zapomnę, w jakim celu to zrobiłam.
Zorientowanie się we własnej sytuacji to był pierwszy etap. Po nim przyszło wyparcie: wypieranie pustki i zagłuszanie jej fantazmatycznymi uzupełnieniami. Udawanie przed innymi, przed sobą, że jest lepiej. Kompletnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, czym grozi takie fałszowanie rzeczywistości. Myślałam, że jestem silniejsza… że zaczaruję rzeczywistość, a ona się ziści. No. I zaliczyłam upadek, po którym było mi się podnieść jeszcze ciężej niż po udarze. Dopiero, gdy spojrzałam sobie w oczy i spojrzałam bezlitośnie, zaczął się trzeci, najtrudniejszy etap rehabilitacji.
Niepamiętanie i przeżywanie
Wiem o sobie wiele, bo wiele się o sobie nauczyłam, korzystając z różnych źródeł, ale nie pamiętam swojego życia sprzed udaru. Czas 1989-2018 mam wyczyszczony totalnie. W odniesieniu do chwil z najbliższej przeszłości – coś w tej głowie zostaje, ale są braki. To raczej pogłosy tego, co mogłoby być wspomnieniami – trudne do zdefiniowania i zapisane emocjami.
Załóżmy, że ktoś opowiada historię z mojej przeszłości. W większości przypadków kompletnie nie pamiętam, o co chodzi i słucham z uprzejmą ciekawością. Czasem odpala się we mnie silna afektywna reakcja, która sugeruje bliskość danych słów. Z nią przychodzi myśl: „pamiętam!” (choć w głowie nie ma żadnego obrazu), gwałtowna radość i pragnienie, by znaleźć coś – serio, cokolwiek – co potwierdziłoby to przeczucie. I tu jest pułapka: pole dla presupozycji i konfabulacji. Czasem pokusa jest tak silna, że muszę walczyć z pragnieniem, by nie dowyobrażać sobie danej historii za bardzo.
Inna sprawa, że często dokładnie tego wymagają ode mnie kontakty z ludźmi. Ok, może nie wymagają per se, ale to prawdziwa rzadkość, gdy mogę sobie pomilczeć z kimś, gdy mogę powiedzieć „nie pamiętam” i nie czuć się z tego powodu gorzej. Bo ludzie nie lubią ciszy. Czasem wkręcają mi, że kłamię lub ich olewam, gdy mówię: „nie pamiętam”. No ku*wa. Szycie naprędce, klejenie odpowiedzi bywa mniej problematyczne niż cisza, ma na mnie jednak zły wpływ. Za dużo domyślonych opowieści i robi mi się ze sobą niezręcznie.
Postpamięć
Postpamięć jest szczególną formą pamięci. Szczególnie użyteczną, gdy masz doświadczanie swojej tak zaburzone. Pozwala uczestniczyć w opowieściach osób trzecich o przeszłości nie przez przypominanie, a przez pracę wyobraźni i empatię1.
Metodę tę oryginalnie odnoszono do studiów nad Zagładą i wtórnie straumatyzowanego pokolenia urodzonego po 1945 roku. Mój kontekst jest inny, ale przez niepamiętanie postpamięć mi wyjątkowo pasuje. Zbieram opowieści o sobie, a przez nie rekonstruuję własną historię, przeżywam siebie sprzed – jestem siebie autorem, przedmiotem i odbiorcą. Dziwnie brzmi, ale już tłumaczę.
Choroba rozbiła moje poczucie tożsamości – to problem, niewątpliwie, ale też pretekst dla mnie, by ową problemową kondycję wykorzystywać. Gdy piszę, myślę o sobie jak o podmiocie i przedmiocie jednocześnie. Surowość w to wpisana odziera chorobę ze świętego nimbu cierpienia i czyni ją dokładnie tym, czym jest: niefortunnym przypadkiem.
Resztki z dawnego życia
Kolekcjonowanie i przetwarzanie opowieści to jedna z postpamięciowych ścieżek. Druga to studiowanie śladów. I tak, po udarze przekopałam się przez media społecznościowe, rozmowy na czatach, skrzynki mailowe, zdjęcia, książki, suweniry, muzykę, filmy, notatki z zajęć, brudnopisy, podręczniki, pamiętniki, listy, pocztówki, nawet stare ciuchy/ zabawki z dzieciństwa, które się na strychu u rodziców uchowały – słowem: wszelkie ślady, jakie zostały po mnie z przeszłości.
Jeden moment z tamtego czasu wyjątkowo zapisał mi się w głowie: czytanie maili z 2009 roku. Mniejsza o ich treść, ale jak uderzył mnie język: słownictwo i styl wypowiedzi. Patrzyłam tępo w kilka akapitów, szczególnie we własny podpis na końcu, nie dowierzając, że autentycznie ja to pisałam. A potem zaczęłam beczeć. Niby prosta sprawa: każdy się zmienia, z nim sposób pisania – gdzie tu powód do płaczu? Ano, gdy przed oczami miałam jedną martwą, zimną wypowiedź, której nie rozpoznawałam jako swojej, poczułam się totalnie oderwana od siebie. Zobaczenie tego na piśmie – brutalnie, bezapelacyjnie – było powodem do płaczu.
Tworzywko
Kolejnym krokiem okazała się nauka patrzenia na siebie sprzed jak na tworzywo. Przyznanie, że nieważne, co zrobię i tak tamtej Agnieszki nie wskrzeszę. A pokazała mi to praca nad tekstem – to, jak szybko zapominam o intencji zdania i jak szybko mogę je zmieniać. Moment, w którym to sobie uświadomiłam był kryzysem, ale takim pozytywnym. W efekcie mój stosunek do tekstu, a potem i do siebie, zaczął się poprawiać. Bo ja jestem zapisana w tekście. Odnajduję się w tekście i buduję siebie tekstem.
PS. Dziś na ślady z przeszłości patrzę jak na eksponaty w muzeum. I coraz częściej jest mi z ich powodu wszystko jedno.
Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!