30 listopada przy przyjęciu na neurologię stwierdzono u mnie: „dwojenie obrazu przy patrzeniu we wszystkich kierunkach, (…) prawa gałka oczna ustawiona w zezie zbieżnym, upośledzona ruchomość gałek ocznych ku górze”. Jakim cudem tak wyraźnie zaburzenia widzenia nie zostały zauważone 23 listopada na pierwszym SOR-ze, na który trafiłam, gdy mój wzrok był jeszcze gorszy?
Czepiam się nie dla zasady. Odpowiednie leki zaczęłam dostawać 4 grudnia wieczorem, czyli jedenaście dni po udarze. Przez ten czas zmiany w moim mózgu się utrwalały, a to znaczy, że wielkich szans na odzyskanie sprawności nie miałam już na starcie.
Zaburzenia widzenia
Cytuję z DZIEŃ, GDY MIAŁAM UDAR MÓZGU:
To było jakbym patrzyła w skali 1,5:1. Obraz i jego połówka napierająca z góry. Co gorsze, obraz był nieostry i… ruszał się przed moimi oczami, falował góra-dół. Czułam się, jakbym patrzyła przez matrycę starego, zepsutego telewizora. Ludzie, ściany, wszystko nakładało się na siebie, tworząc jakiś piekielny wizualny jazgot.
Pierwszy raz, gdy coś normalnie zobaczyłam, wydarzył się 12 grudnia na neurologii. Leżąc w bezruchu na plecach, widziałam cztery lampki na suficie, czyli tyle, ile ich było naprawdę. Niby pierdoła, ale dla mnie wtedy to była ogromna radość, taka aż nie do uwierzenia.
Po kolejnych dwóch tygodniach wzrok ustabilizował się w pozycji siedzącej. Zaczęłam czytać książki. Na pierwszy ogień poszła Ania z Zielonego Wzgórza. Literatura dla dzieci, a i tak stanowiła dla mnie wyzwanie. Brzmi absurdalnie, biorąc pod uwagę, czym zajmowałam się przed udarem, ale cóż. Życie. Przy pierwszym podejściu przeczytałam równo dziesięć stron; zajęło mi to dwie godziny lub więcej. Czytałam powoli, na głos, wodziłam palcem po stronie, oczy mnie bolały, a dłuższe wyrazy składałam po sylabach jak dziecko w podstawówce. Gdy jakiegoś słowa nie rozumiałam (bo nie pamiętałam znaczenia), podkreślałam ołówkiem w tekście i pytałam później siostry, słownik lub Google.
Na tym etapie widziałam na leżąco i siedząco, ale gdy stawałam na nogi, obraz przed oczami mi się rozjeżdżał. Czułam się jak pijana i to w złym znaczeniu tego słowa. Świat wirował, miałam zawroty i nudności. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Idąc, musiałam trzymać się ściany albo drugiej osoby.
Patrzenie bajek
Niedługo później zaczęłam patrzeć bajki (czyt. filmy). Wybierałam głównie nieme lub z lektorem (dość długo nie łapałam napisów i akcji na ekranie jednocześnie) – możliwie jak najprostsze w formie, bez wizualnych fajerwerków. Enter the Void nie obejrzę nawet dziś, czyli siedem lat później.
W wyniku choroby zmienił się mój stosunek do świata przedstawianego w filmie. Gdy fabuła jest gęsta, a dialog bogaty, bodźców jest za dużo, czuję się przeciążona i trudno mi angażować się w opowiadaną historię. Nadmiar działa jak ściana, od której się odbijam. Filmy lubię odbierać emocjami; emocji od nich oczekuję. Gdy patrzę film, fokusuję się na pojedynczych scenach, momentach – staram się je przeżywać, bo wiem, że całości nie zapamiętam. Z tych względów cenię sobie tytuły powolne i oszczędne w środkach, prowadzone po cichu, z kamerą blisko, bez szerokich planów, nadmiaru bodźców i z brutalną niemalże pieczołowitością zgłębiające „prawdziwe” historie. Kino atrakcji – oj nie.
Ostatnie zmiany
Zmiany postępowały szybko i, powiedzmy, w marcu 2019 roku zawroty głowy i rozjeżdżanie obrazu przy chodzeniu ustąpiły. Zaczęłam normalnie chodzić, a zaburzenia widzenia pojawiały się tylko przy pochylaniu lub podnoszeniu głowy.
Ten stan utrzymywał się najdłużej (około pół roku). Trudnością było dla mnie np. nakładanie butów i wiązanie sznurówek. Robiłam to ostrożnie i powoli, na siedząco, czasem prosiłam o pomoc, gdy zawroty były zbyt silne. Kolejna rzecz: każdym razem, gdy próbowałam podnieść wzrok i spojrzeć w górę, na kilka sekund robiło mi się czarno przed oczami. Jakby ktoś nagle odpinał kable w głowie. Ciężko było się do tego uczucia przyzwyczaić. Wchodziła panika i krzyk z płaczem: „ratunku”. Minutę później, gdy światło znowu mi się w głowie zapalało, ja paliłam się ze wstydu.
Pierwszy raz, gdy udało mi się spojrzeć do góry i zobaczyć coś nad sobą, wydarzył się w październiku 2019 roku. Zmiana przyszła zupełnie niespodzianie. Robiłam coś banalnego w domu i nagle uświadomiłam sobie: widzę. Patrzę do góry i widzę! To było tak zwyczajne! A jak ja zwyczajności pragnęłam wtedy, jej.
Jak sytuacja wygląda dziś?
Tamten moment uznaję za symboliczny „koniec” moich problemów ze wzrokiem. Nie odzyskałam go w pełni i wiem, że nie mam na co liczyć, ale też nie jest mi z tego powodu smutno. Przyzwyczaiłam się do ograniczeń. Uznaję je za część mojego uroku.
Przykładowo, nigdy nie zrobię prawa jazdy – gdy jadę samochodem, obraz za szybą się rozmazuje. Nie mogę tańczyć ani uprawiać sportów, które wymagają szybkich zmian ułożenia ciała, bo gubię fokus i kręci mi się w głowie. Jestem bardzo wrażliwa na intensywne, migające światło. Przekonaliśmy się o tym, gdy Rafał zabrał mnie na pierwszy koncert po udarze i dosłownie wynosił z sali na drugiej piosence.
Dziś chodzę na koncerty, ale 1) wybieram tylko małe kluby, bez mocnych świateł; 2) często noszę ciemne okulary z polaryzacją, która sprawia, że światło nie kłuje mnie w oczy. Nie wiem, jak to działa, ale przekonałam się kiedyś na Zamilskiej – bez tych okularów zbieraliby mnie z podłogi. Taka jestem cool alternatywa w nich, skoro chodzę nocą do ciemnych klubów w ciemnych okularach. A ja chora, stara baba LOL.
Co więcej. Zaburzenia widzenia sprawiają, że nie jestem tak spostrzegawcza jak dawniej. Od czasu udaru zdarzyło mi się wejść w niejeden słup przy chodniku i to całkiem na trzeźwo w biały dzień. Gdy spaceruję z piesiem bombelkiem moim ukochanym i wpatruję się w jego słodki tyłeczek, a potem nagle podnoszę wzrok, potrzebuję chwili więcej, by załapać, na co patrzę. Często nie rozpoznaję ludzi. Ktoś musi stanąć przede mną i powiedzieć: „Agnieszka?”, by dotarło do mnie, że to znajomy.
Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!