NEAL: DDA i terapia przez muzykę

fot. Obrazowo; Fląder Festiwal 2023
Na pytanie o normalność od razu odpowiada: co to? Dla niego normalnością w dzieciństwie był chlejący od czwartku do poniedziałku stary, rozhisteryzowana matka, wielogodzinne awantury w domu, zarwane noce, koszmary, ciągły strach i wstyd. I poczucie winy. I nieprzystosowanie. Zryło mu to beret konkretnie, ale też – paradoksalnie – później pozwoliło znaleźć ujście w kreatywny sposób.

Historia banalna: pewnego wieczoru poszłam na koncert do Tu i Ówdzie. Patrzę, a na scenę wychodzi gościu w szlafroku, z gitarą akustyczną, potarganym włosem i dziwnym, zakłopotanym uśmiechem. NEAL się nazywa. Była godzina 20, a on jakby obudził się dziesięć minut wcześniej; zszedł na dół, ktoś dał mu do ręki gitarę, postawił piwo… „Dobra, to zagram” – powiedział. Trochę weirdo, ale spoko, lubimy takich. Zaczął sam; po jednej czy dwóch piosenkach dołączyły do niego dziewczyny – Kasia Bobik (perkusja) i Natalia Rak (bas). Im więcej mówił (a mówił dużo), tym uważniej go słuchałam. To było tak bardzo wprost, ale jednak przełamane ironią, uśmiechem, że zaczęłam domyśliwać sobie tego człowieka w głowie. A potem się do niego odezwałam.

„Sex Tapes”

NEAL to autorski projekt Rafała Klimczaka, krakowskiego muzyka znanego z zespołów AcidSitter i Neal Cassady (posłuchaj jego Spotify, zaobserwuj IG / FB). Mówi, że od zawsze marzył mu się akustyczny, solowy projekt, w którym poleciałby tak grubo, jak nigdy z chłopakami się nie odważył. I udało się. W 2024 roku nakładem Wytwórni Tematy ukazały się jego taśmy intymne – Sex Tapes – o których powiedział kiedyś tak:

(…) najsurowszy sceniczny zestaw: tylko głos i gitara, to ostateczny test dla Twoich umiejętności piosenkopisarskich. Kawałek musi się bronić bez aranżacyjnych fajerwerków. W tej formule nie schowasz się za kolegami, gdy coś pójdzie nie tak. Ale najważniejszy jest tu intymny kontakt z publicznością, która chcąc nie chcąc, musi skupić się na tekście i na tym, co mówię między piosenkami.

Tytuł sugeruje, ale Sex Tapes to nie jest płyta o seksie. Raczej rozmowa tuż po, gdy leżysz nago obok ukochanej osoby i się nie wstydzisz, i odsłaniasz całkowicie. NEAL lubi punkrockowe podejście do sztuki – lubi, gdy ta przekracza granice, gdy je narusza i wywraca. Traktuje ją mega poważnie, acz bez patosu. Nie cierpi patosu. Przy nagrywaniu obiecał sobie, że nie będzie się obcinać i wyśpiewa wszystko, o czym nie mówił albo mówił mało komu. Po trochę się spinał, jak go odbiorą, ale reakcje okazały się więcej niż pozytywne.

Kontakt z odbiorcą

W tym miejscu warto wspomnieć koncert, który zagrał ze dwa lata temu w Gorzowie. Publiczność – starsi ludzie przy stolikach z herbatkami, w ciszy i skupieniu czekali, co ten chłopak wyplumka na gitarze. „Jezus Maria, nie dam rady” – myślał, ale wyszedł i zagrał. I co się stało? Ano, po koncercie ludzie podchodzili do niego dzielić się swoimi turbo prywatnymi historiami. Były gadki o żałobie, wykluczeniu. Teoretycznie nie powinno być między nimi połączenia, a jednak muzyka zadziałała, ulepiła jakiś safe space, bezpieczną przestrzeń, w której okazało się możliwe mówić od serca o sobie.

„Dad’s Devil Advocate”

Wróćmy teraz do mojego pierwszego NEAL 'a koncertu. Gdy zadedykował kolejny numer „dla wszystkich dzieci chlejących starych” i usłyszałam, o czym śpiewa… od razu wiedziałam, że chcę o nim pisać. Piosenka, o której mówię, nazywa się Dad’s Devil Advocate (D.D.A.) i daje wgląd w to, jak dorastanie w domu alkoholowym może wyglądać.

NEAL zwraca się w niej do ojca-alkoholika i mówi:

hey, is that ok? / that you’ve been drinking for the last four days / and act like shit and act insane

Zwraca się też do matki, która nie piła, ale była współuzależniona. Na swój sposób przyczyniała się do pogłębiania rodzinnego dramatu:

not sure why she made me watch / stabbin’ you in the chest that day / I was so scared that I couldn’t talk

Wszystkie kawałki na Sex Tapes są mocne, ale ten przez oszczędność środków i wysoki ładunek emocjonalny jest niemal brutalny. Istotne: autor nie pastwi się tu nad rodzicami – on pastwi się nad sobą. Tnie żywą tkankę i nie robi tego dla spektaklu. Jego działanie ma wymiar terapeutyczny. Żeby było lepiej, coś trzeba wyciąć, oddzielić i odkazić, tak? I on to robi: bierze gitarę, staje przed Tobą i śpiewa. Cała płyta to tak naprawdę głęboka introspekcja – tak głęboka, że gdyby ktoś w zwyczajnej rozmowie wyskoczył Ci z takimi kawałkami, nie wiedziałbyś, gdzie oczy odwracać. To nie jest estetyka dla każdego. Mi osobiście bardzo pasuje, bo jestem fanką surowego, bezkompromisowego stylu i tworzenia, które wydaje się prawdą.

Dziecko alkoholika

DDA, czyli: syndrom Dorosłego Dziecka Alkoholika, to problem tak samo powszechny, jak wstydliwy. Wstydliwy przez ukuty w wyobraźni fantazmat naje*anego menela gdzieś w krzakach pod sklepem. A alkoholików przecież bez liku. To jedna z chorób cywilizacyjnych. Najlepiej znani są alkoholicy żulejący, ale są też alkoholicy wysoko funkcjonujący, alkoholicy niepijący, dzieci alkoholicy, pisarze i artyści, księża alkoholicy, matki alkoholiczki – wypisz wymaluj.

Ojciec alkoholik NEAL 'a dużo pracował, starał się; z racji wykonywanego zawodu cieszył szacunkiem w okolicy. Mieli dom w mieście, o hajs nie musieli martwić i mało kto (o ile ktokolwiek) wiedział, że za zamkniętymi drzwiami patola kwitła na całego. Jednak ich patola była inna od tego, o czym myślisz, gdy słyszysz „dom alkoholowy”. Gdy tata nie pił, syn był zatroszczony, zaopiekowany. A potem tata szedł do Kubusia i pił przez kilka dni, i w domu rozpętywało się piekło. 

Jekyll / Hyde

Ta dwoistość, myślę, mogła być w tym przypadku najgorsza. Bo przez nią NEAL nie mógł ojca nienawidzić. Chciał, by tata przestał pić; by zawsze był tym fajnym tatą, którego bardzo kochał. No ale tata był uzależniony i dla niego przestać pić to nie było tylko. W efekcie syn szybko nauczył się dzielić obraz ojca na pijącego i niepijącego. Więcej: gdy opowiada o nim, posługuje się znaną frazą „Dr Jekyll i Mr Hyde”, bo gdy ojciec pił, stawał się innym człowiekiem.

Ciężko mu było z trzeźwym tatą o tym mówić. Nie mógł go oskarżać, krytykować, bo to byłoby jakby oskarżał, krytykował niewinną osobę. Gdy tata był na bani, nie dało się z nim rozmawiać. Jeśli nie zasypiał na schodach, to robił mayhem w domu: dziury w ścianach, wrzaski z matką. Potem trzeźwiał i był znowu fajny, kochany, ale tematu poprzedniej nocy unikał. Unika w dalszym ciągu, choć już nie pije jak kiedyś.

Bar Kubuś

Kubuś to ważne miejsce w ich historii – 5 minut spacerem od domu, niemal po sąsiedzku. Tata przesiadywał tam godzinami, delektując się browarem w samotności, a synek biegał za nim na rozkaz mamy. Nabiegał się chłopak – bomba z reguły zaczynała się w czwartek, kończyła w poniedziałek. I tak przez lata.

Matka stawiała go przed absurdalnym wyzwaniem. Nakładała na syna presję, gdy on już jako dzieciak wiedział, że nie ma szans przyprowadzić ojca do domu. Sama do Kubusia fatygowała się raczej w wyjątkowych sytuacjach (typu: Wigilia), ale gdy już tam wpadała, szklanki latały w powietrzu.

Szedł więc co weekend chłopak do tej zadymionej menelni, przekonany o czekającej go nieuchronnej porażce, a tam… ojciec na widok ukochanego syna w ogóle nie reagował. Udawał, że nie zna. Kolejny cios. Może myślał, że w ten sposób uniknie robienia jeszcze większej siary? Mały się zawstydzi, zasmuci i ucieknie? No ale mały był twardy, stał prosto i czekał. Wyobrażacie to sobie? Ojciec z piwem, obok dziecko z wlepionymi w niego ślepkami i… nic, co najwyżej rubaszny śmiech panów na końcu sali.

Pani Pedagog

Ojcowe pijaństwo trwało w najlepsze, chłopak miał jakieś 14-15 lat i coraz ciężej było mu sobie z tym radzić. Potrzebował się wygadać, a że nie miał komu, zwrócił się do szkolnej Pani Pedagog. Pani wydawała się równa babka. Zapraszała do siebie na korki po lekcjach, miała świetny kontakt z dzieciakami, lekcje o uzależnieniach robiła. Myślał, że go zrozumie. Szczególnie, że byli sąsiadami – to było małe miasto, ludzie się znali i tatowe huczne powroty z Kubusia nie mogły pozostawać niezauważane.

Pewnego dnia poszedł więc do Pani na poważną rozmowę, opowiedział co i jak, a Pani go wyśmiała. Dosłownie: parsknęła śmiechem. „Przecież tata jest super, co ty mówisz” – odpowiedziała. No tak, tata jest super, chodzi do pracy, ogarnia i jest alkoholikiem. Jedno nie wyklucza drugiego. Pani jednak nie mogło pomieścić się to w głowie. Być może na początku lat 2000. określenie: „wysoko funkcjonujący alkoholik” nie istniało i w obiegowym przekonaniu alkoholikiem był tylko żul pod sklepem(?). W efekcie chłopak poczuł się jak kretyn jeszcze w trakcie tej rozmowy. Jakby wygłupił się na maxa, totalnie skompromitował – no bo… z czym do ludzi, o czym on mówi? Kasa, gitara, korki – tak nie żyją dzieci alkoholików (sic!). A skoro on to wszystko miał, to na co narzekał?

„Stone in my shoe”

Jak bardzo siadło mu to na mózg, widać w tej piosence. Śpiewa w niej o własnej dysfunkcyjnej sobie i, choć piosenka nie brzmi ciężko, jest ciężka.

Jest w niej jakaś wściekłość podskórna, utajona; połączona z rezygnacją i brakiem wiary. Wściekłość, której nie masz siły okazywać (bo to kosztuje, wiadomo), więc zastępujesz ją ironią. Gdy byłam na jego koncercie, miałam wrażenie, że pod tym opanowanym, na pozór spokojnym gościem, który z przekąsem opowiada o rodzinnym horrorze, zaraz coś wybuchnie i roz*ierdoli gitarę o ścianę. To brzmi niemal zabawnie, jeśli wziąć pod uwagę, że jednym z głównych tematów na płycie są problemy z przeżywaniem i blokowanie uczuć.

Bariera na uczucia

Barierę na uczucia NEAL stworzył sobie jeszcze jako nastolatek. Myślał wtedy, że to jego supermoc. Że nieważne jak zrobi się chu*owo, on sobie poradzi, przejdzie wszystko, bo potrafi emocje wyciszyć. I faktycznie długo korzystał z dobrodziejstw. Przeżył horror w domu jako dzieciak, to co go teraz ruszy, tak? Dopiero po latach skumał, że ta bariera nie była ani zdrowa ani dobra. I na pewno nie była jego supermocą. W pewien sposób upośledziła go i zmusiła później do intensywnej pracy nad sobą – do tego, by w ogóle nauczyć się rozpoznawać i nazywać własne uczucia.

Mówi, że tylko dwa razy w życiu płakał i to w życiu już naprawdę dorosłym. Nie płakał całe dzieciństwo, a przecież powinien. Pierwszy raz rozpłakał się siedem lat temu, gdy zmarł jego ukochany piesek; drugi raz jakoś miesiąc czy dwa temu, gdy zmarł jego dziadek. W obu przypadkach płacz przyszedł niespodzianie, niepohamowanie, przejął nad nim kontrolę i zmiótł z planszy. Ale spoko, fajnie – paradoksalnie ucieszył się z obu tych przypadków. Ok, gdy siedem lat temu płakał za psem, a nie płakał na pogrzebie babci, trochę się martwił, że może jednak jest poje*any, ale gdy niedawno rozpłakał się za dziadkiem – wie, że nie. Powoli się otwiera. Dajmy mu jeszcze z pięć lat i zacznie beczeć na zawołanie.

Terapia przez muzykę

Gdy zakłada szlafrok, patrzy ludziom w oczy i gada między piosenkami, z performensu robi się piosenka autorska. Wstydzi się okrutnie przy tym; „nie jestem dobry w gadanie” – mówi. Gadaniem spina się bardziej niż graniem, ale wie, że opowiadanie o numerach zwiększa zaangażowanie odbiorcy w muzykę. Bo Sex Tapes, mimo że wyrastające z osobistych doświadczeń, są na tyle uniwersalne, że można się w nich odnaleźć. Albo do nich dopisać – i zamiarem NEAL 'a jest, by tak się właśnie działo.

W tym kontekście NEAL występuje jako szczere i bezkompromisowe piosenkopisarstwo; forma terapii przez muzykę – terapii, która dzieje się między słowami, między dźwiękami, ale przede wszystkim między ludźmi. Doskonale to rozumiem – sama staram się robić coś podobnego, choć innymi środkami. Cel jednak, myślę, wspólny: wyrzucić, co zalega i zacząć oddychać pełniejszą piersią. Wiadomo, trzeba pierw przejść przez całe pole igielne, ale gdy to zrobisz – będzie łatwiej. I Twoje JA znowu zacznie rosnąć.


Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *