Na przepustce
Przepustką nazywam czas między jednym a drugim pobytem na neurologii. Żyłam wtedy jak dziecko – w nieświadomości i pod nadzorem. Szczerze? Ciężko mi o tamtym czasie pisać, bo pamiętam bardzo niewiele. Jestem pewna tylko jednego: potrzebowałam pomocy.
Dopóki miałam rozwalony wzrok, ktoś musiał robić mi jeść, prowadzić za rękę po schodach, sznurować buty, robić zastrzyki, pomagać w kąpieli. Na tygodniu wyglądało to mniej więcej tak: siostra budziła mnie koło 6 rano i sprowadzała na dół, żebym się ogarnęła. Mama w tym czasie szykowała mi śniadanie i prowiant na kilka godzin do przodu. Szybkie kłucie w brzuch i zostawałam sama (dorośli jechali pracować). Ponieważ niewiele mogłam robić, a i też z niewiadomego powodu zdawałam się wiecznie zmęczona, przesypiałam większość czasu. Łykałam tabletki, gdy budzik dzwonił w południe, jadłam/ piłam, co stało na stole, słuchałam muzyki i czekałam na później. Pod wieczór robiłam proste ćwiczenia z siostrą i słownikiem, przyjmowałam kolejny zastrzyk i koło 19-20 wskakiwałam pod kołdrę.
Przyznaję, to nie było fascynujące życie, ale dla mnie wtedy – najlepsze, jakie znałam.
Mój drugi pierwszy raz
Dziewiętnastego dnia na przepustce przeżyłam coś w rodzaju ponownego uświadomienia. To był Sylwester 2018, plan prosty: Piccolo + kanapa + rodzice. Rzeczywistość wyszła jednak inaczej.
Zaczęło się bardzo po kobiecemu. Dostałam okresu. Ważne: byłam wtedy sama w domu. Ważne, ponieważ wpłynęło na sposób, w jaki historia się potoczyła. To była moja pierwsza miesiączka po udarze, tzn. pierwsza, którą zauważyłam (być może w czasie 23.11-12.12 miałam poprzednią, ale nie pamiętam). W momencie, gdy zobaczyłam krew wypływającą spomiędzy moich nóg i poczułam mocny, jakby obcy, wówczas dla mnie niezrozumiały, ścisk w dole brzucha, oczy rozszerzyły mi się z przerażenia. Dodajmy: przy leczeniu przeciwkrzepliwym wydzielina menstruacyjna leci z ciebie bardziej niż kiedykolwiek. I przypomina krew bardziej niż kiedykolwiek.
Patrząc na to coś, czułam się jak otwarta rana; trochę jak Carrie w kultowym klasyku De Palmy. Naturalnym odruchem było dla mnie chcieć zatrzymać krew, zatrzymać ból. Dopiero po chwili zaskoczyłam, że to musi być ów sławny okres, o który nieraz pytali lekarze. A skoro normalnym dla kobiety jest nie móc, ba, nie chcieć wycieku krwi powstrzymywać, to powinnam się uspokoić. Założyłam podpaskę i poszłam do kuchni pogrzebać za tabletkami przeciwbólowymi. Po minucie jednak odpuściłam. Było mi ciężko szukać z dwojeniem obrazu tym bardziej, że sama nie wiedziałam, czego tak naprawdę potrzebuję. Nie pamiętałam nazw, nie pamiętałam opakowań. Chyba liczyłam, że rozpoznam, gdy na odpowiednie trafię. Ostatecznie uznałam, że bezpieczniej nic nie robić i poczekać na rodziców.
Panika uderza
Nie wiem, ile czekałam: 20, może 30 minut. Dla mnie wtedy – za długo. Gdy mama wróciła, ledwie poskarżyłam się na stres i ból, i zaczęło dziać się coś bardzo niedobrego. Najpierw zmienił mi się oddech. Zaczęłam oddychać płycej i szybciej. Im bardziej chciałam nabrać powietrza, tym bardziej mi go brakowało. Serce waliło jak oszalałe, jakby chciało wyskoczyć z piersi i biec na oślep przed siebie. Chwilę później poczułam dziwne mrowienie w palcach i zauważyłam, że tracę czucie w lewej dłoni. To samo zaczęło dziać się w prawej dłoni i w obu stopach. Sekundę później nie miałam już nad nimi władzy. Dłonie zamarły mi uniesione do góry, w dziwnym geście z jakby rozstawionymi i przykurczonymi palcami. Mama krzyczała na tatę, żeby wzywał karetkę; bała się, że mam kolejny udar albo zawał.
W ciągu może dwóch minut leżałam sztywno na plecach, zamknięta we własnym ciele jakby w jakiejś obcej, martwej skorupie. Ruszałam oczami, próbowałam mówić – próbowałam, bo drętwienie obejmowało także język i wargi (bełkotałam) – i w sumie tyle. Byłam jakby wyzuta z siebie. Ciało ciążyło mi jak kamień, napięte i sztywne na prawie całej długości. Momentem granicznym było, gdy wyczułam wyraźnie linię pod mostkiem i tę ostatnią – jeszcze moją, jeszcze bijącą przestrzeń. „To się zaraz skończy” – pomyślałam.
I wtedy wydarzyła się przedziwna rzecz. Coś się w mojej szczęce rozluźniło. Zaczęłam spokojniej oddychać. Nie wiem, jak to możliwe. Na myśl o śmierci ludzie chyba powinni się bardziej bać? Anyway, zanim przyjechała karetka, poruszyłam dłońmi, powiedziałam parę słów. Kilkanaście minut później stanęłam na nogach, ale byłam zbyt słaba, by iść. Koniec końców ratownicy spakowali mnie do karetki i zawieźli do szpitala.
Sylwester 2018
To wspomnienie zostanie ze mną na długo. 31 grudnia leżałam na neurologii i czułam się jak połowa psów tamtej nocy, dosłownie. Zaciskałam powieki, zasłaniałam uszy, a i tak widziałam, i słyszałam wszystko, czego nie chciałam. To była tortura. Chowałam się pod kołdrą, żeby jakoś to wytrzymać. Głowa mnie bolała z przeładowania bodźcami i braku snu (normalnie spałabym od 20). A skoro bolała głowa, to każdy huk, każdy krzyk i głośny śmiech były jak drapanie paznokciami po tablicy. Do tego skręcało mnie ze skurczów macicy przy okresie (przeciwbólowej ostatecznie nie dostałam). Jakby tego było mało, pewni rezolutni młodzieńcy uznali parking pod oknami neurologii za świetne miejsce do prywatnego pokazu sztucznych ogni. A skoro ognie, to też darcie mord i tłuczenie butelek. I tak do 3-4 w nocy.
Fanką zabaw sylwestrowych nigdy nie byłam, ale od 2018 co roku mam ochotę zakopać się w ziemi na tę jedną noc.
Nowy dzień, nowy rok
Jak łatwo zgadnąć, 1 stycznia byłam ledwo przytomna. Przed śniadaniem przybiegła do mnie mama i wyciągnęła na poranną mszę do szpitalnej kaplicy. Tam nie byłam w stanie ustać prosto, siedziałam przez większość czasu w ławce i koncentrowałam się na tym, by nie uderzyć głową w blat. Zgodziłam się, bo wolałam być gdziekolwiek, robić cokolwiek, byle tylko nie leżeć cały dzień w łóżku – wiedziałam, że 1 stycznia nic mnie na oddziale nie spotka.
1 stycznia był zdecydowanie najgorszy, potem poszło z górki. Po pięciu dniach dostałam wypis. Kartę informacyjną zatytułowano: „następstwa innych i nieokreślonych chorób naczyń mózgowych”. Co to znaczy – nie wiem. Miałam dla przyzwoitości kilka badań: MRI, EEG, USG Doppler, ale niczego się nie dopatrzono. Pozytywnym zaskoczeniem był fakt, że rezonans wykazał pewną poprawę w stosunku do badania miesiąc wcześniej. Cytuję:
(…) obraz sugeruje zmiany o charakterze udaru żylnego w fazie ewolucji – częściowa regresja w porównaniu do badania poprzedniego z 03.12.18.
Ta poprawa była widoczna myślę nie tylko na papierze. Lepiej mówiłam, lepiej widziałam, byłam w stanie czytać (por. NAUKA PATRZENIA). Płakałam często, ale tym razem przynajmniej wiedziałam, czemu płaczę. To była zmiana na plus.
Szpital: nie-miejsce
Wspominałam o tym kiedyś mimochodem (por. DIAGNOZA CZ. 1), teraz wyjaśnię. W trakcie dwóch pobytów na neurologii spróbowałam samotności, jakiej wcześniej nie znałam. Brudnej, trudnej, bardzo nieatrakcyjnej samotności, z którą niektórzy muszą zmagać się na co dzień i do końca życia. Mówię tu o samotności, której doświadczasz, gdy jesteś unieruchomiony, sparaliżowany, w taki czy inny sposób niesprawny; gdy nie jesteś w stanie samodzielnie się umyć, przebrać, zjeść, zrobić cokolwiek; gdy dla ludzi obok stajesz się ledwie dysfunkcyjnym ciałem. Teoretycznie powinnam znać ten rodzaj samotności – patrzyłam na nią przez kilka lat, gdy moja babcia chorowała na Alzheimera – ale oglądanie czegoś z boku to nie uczestniczenie. Jakiś wgląd zyskałam dopiero, gdy sama poczułam się poza miejscem.
Większość pacjentów na neurologii leży cicho i nie śmie prosić o uwagę. Owszem, bywają tacy, co awanturują się o byle pierdoły, ale… oni są strasznie naiwni w swoim zachowaniu. Jak dzieci, które ciskają się po podłodze, byle wywrzeć presję i osiągnąć cel. Z tego względu zawsze najbardziej żal mi tych chorych, którzy leżą w ciszy i bierności, i po prostu czekają na śmierć. Pamiętam, jak jednego dnia znalazłam się na wyższym piętrze na neurologii, gdzie byli tylko tacy pacjenci. Na korytarzu jak makiem zasiał. Ta cisza wyryła mi coś w sercu.
Leżąc tam, miałam wrażenie, że szpital zaraża mnie swoją bezosobowością, a ja zamieniam się w niefajny worek zbyt krzepliwej krwi i rozmiękających neuronów. Gdy leżałam bezwolnie na łóżku, pogrążałam się w niemocy, w jakiejś chorej „I would prefer not to” formule. Z perspektywy mogę powiedzieć: wyrwać się z tego stanu milczenia i bierności to był dla mnie największy po udarze wysiłek. Wpadasz w to bardzo szybko, ale wyjść z tego, gdy choroba brutalnie zamienia cię w kogoś, kogo nie znasz, to inna historia.
Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!