Cały 2019 rok to była intensywna rehabilitacja (sprawdź kategorię: REHABILITACJA). W tym czasie nie miałam za bardzo pojęcia, jak moje prognozy na przyszłość wyglądają. Byłam po chorobie, ale smutek jeszcze się nie pojawił. Nikt nie próbował konfrontować mnie z rzeczywistością. Całe szczęście, bo nie sądzę, bym w 2019 potrafiła objąć rozumem, że jak dawniej się dla mnie skończyło.
Najbardziej spektakularne zmiany po udarze zachodziły na przestrzeni pierwszych dziewięciu miesięcy. Po nich mój stan okrzepł na jakimś w miarę przyzwoitym, ale ciągle poza normą poziomie. To rodziło frustrację, nie było łatwe do przełknięcia. W 2020 zaczęło docierać do mnie, że jednak mam marne szanse na cudowne ozdrowienie.
Świadomość własnej pośledniości – gorszości, niższości, ułomności, niepełnej sprawności – zrobiła się porażająco jasna. Powiem więcej: żeby to była tylko pośledniość. Ponieważ nie znaleziono przyczyny choroby (zakrzepicy żył mózgowych), która doprowadziła do udaru i którą można by wyleczyć, na lekach przeciwkrzepliwych postanowiono trzymać mnie do końca życia. Ergo: nie zapomnę o chorobie. Choroba będzie we mnie, od choroby będę zaczynać każdy dzień.
Przejść przez to
Bezpośrednio po udarze zachowywałam się jak dziecko zaklęte w ciele 28-letniej kobiety. Pierwsze kilka miesięcy spędziłam na takim raczej równym, bezrefleksyjnym poziomie. Jak bardzo nie miałam świadomości choroby, dowodzi fakt, że nie potrafiłam powiedzieć „udar mózgu” (mówiłam: „uraz mózgu”). Miarą poprawy mojego stanu okazało się pogarszające samopoczucie. W skrócie: im bliżej byłam siebie, tym gorzej się czułam.
Ludzie musieli to widzieć, bo coraz częściej słyszałam: „będzie dobrze”, „nie narzekaj”, „dziękuj, że żyjesz”, „mogło być o wiele gorzej”. Ok, racja, ale co z tego. Kto świadomie godzi się na miernie i rezygnuje z nadziei na lepiej? Kto świadomie budzi się do bycia uszkodzonym, wybrakowanym?
Potrzebowałam około dwóch lat, by zacząć – podkreślam: zacząć – rozumieć, że to jest to. Już nigdy nie będę sobą. Na ironię, nie pamiętam nawet, co sobą znaczy. Wiem tylko, że moja dawna soba umarła.
Gdy ta myśl wbiła mi się do głowy, wszystko zrobiło się czarne. Czułam się skończona. Zawieszona w jakimś stanie widmowego nie-bycia, gdzie dawne życie było martwe, a nowe jeszcze nie nastało (sprawdź: JA, WIDMO). Wiedziałam, co muszę zrobić, ale… przejść przez to: płakać nad własnym, otwartym grobem i pogodzić się z faktem, że Agnieszki, którą byłam, już nie ma, było trudno.
Walka o siebie
Polecam każdemu. Ja przeciwdepresyjnych nie mogę brać, więc na smutek po chorobie musiałam wypracować własną metodę. Ta rodziła się w bólu, ale urodziła. Pisanie! I terapia – nad jej zaletami nie będę się rozwodzić, bo to jasna sprawa. Powiem tylko: jeśli rozważacie, ale coś was powstrzymuje – nie bójcie się – każdy od wstydu zaczyna.
Blog powstał jako pokłosie pisania ekspresywnego, czyli pisania spontanicznych, niezakłóconych tekstów o tym, co w duszy gra. Nie chodzi tu o prowadzenie pamiętnika czy konstruowanie opowiadań; raczej o uwalnianie tego, co schowane. Każda nieprzepracowana rana, nawet jeśli niewidoczna na co dzień, daje o sobie znać. Rodzi stres i zatruwa życie. Pisanie może być uniwersalnym lekarstwem: na gonitwę myśli, trudną decyzję, smutek po takim czy innym niepowodzeniu. Pomaga oswoić negatywne emocje i zaakceptować własne doświadczenia.
I jeszcze mały komentarz: choroba nigdy nie jest doświadczeniem tylko jednostki. Żeby tak było, jednostka musiałaby być kompletnie wyalienowana ze społeczeństwa. Udział w chorobie mają bliscy i dalsi – ludzie z przestrzeni, w której jednostka funkcjonuje, ale często też ludzie kompletnie obcy. Unikanie tematu, uciekanie przed chorobą nie pomaga. Jeśli chcesz pomóc, mów otwarcie.
Czy choroba mnie zmieniła?
Tak.
W zasadzie mogłabym zamknąć ten akapit, ale rozwinę. Spotkałam się kiedyś z opinią, że po udarze tylko PESEL w człowieku zostaje ten sam. Opinię wygłosiła Pani, która na co dzień opiekuje się mężem po udarze. Opowiadała, że mąż ze szpitala wrócił apatyczny, wyalienowany, momentami nieznośny, a do niej zaczął zwracać się jak do służącej. Trochę jej się ulało, pewnie, ale nieświadomie powiedziała coś, o czym wielu doświadczonych przez udar (chorych i nie-chorych) myślało nieraz. Bo… co po udarze? Co ratować? Jak ratować? Jeśli nie jesteś gotowy na ogromne zmagania, których nikt nie zauważy, lepiej czekać na śmierć.
Ja na śmierć czekałam również. Ćwiczyłam, rehabilitowałam się – bo miałam ludzi, którzy mi w tym pomagali – a jednocześnie czekałam na śmierć. Tak naprawdę brać się w garść zaczęłam niedawno. Gdy zostałam sama i musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie: czy chcę żyć? Czy odważę się planować przyszłość?
Na początek
Kilka dni temu świętowałam szóstą rocznicę udaru. Znajomi pytali, o co chodzi, gdy zapraszałam do mojego exa na chatę. Nie do końca łapali moją perspektywę, a ona przecież jest bardzo prosta. Żyję już sześć lat: 23.11.2018 symbolicznie umarłam. Tamtego dnia skończyła się Agnieszka przedudarowa. Dziś mogę z dumą powiedzieć: żyję. I nie udaję. Chora jestem, smutna, ale idę dalej.
Pisanie po udarze pomogło mi przeformułować dawne myślenie o sobie. Nauczyłam się nie dzielić swojego życia tak kategorycznie. Ok, nie pamiętam siebie sprzed udaru, jestem nieustannie w kryzysie, ale mimo wszystko staram się dostrzegać w tej historii jakąś ciągłość – spajać Agnieszkę przed z Agnieszką po.
Gdy próbuję myśleć o własnym życiu z perspektywy, najbardziej dumna jestem z tych momentów, które zmuszały mnie do stawiania się na nowo. Im więcej tych momentów mam, tym więcej ich chcę. Niektórzy trzymają się pazurami skorup, boją się zmian, ale one wydarzają się tak czy siak. Każdego dopadną. Dlatego lepiej, myślę, stawać w szranki i brać na klatę, nie bać się.
Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!
4 comments
Dziękuję za Twoje pisanie🤗
Proszę! I dziękuję za miłe słowa 🙂
Również czytam z ciekawością. Mam podobne odczucia. Też jestem po udarze i losy przed i po udarze są bardzo odmienne. ..
Dziękuję za miłe słowa 🙂 Mam nadzieję, że losy po udarze, choć odmienne, układają się całkiem nieźle. Dużo zdrowia!