O moich wcześniejszych problemach z głową

Rzecz, o której chcę powiedzieć, wydarzyła się w pewną marcową sobotę 2017 roku. Miałam wtedy 27 lat i absolutnie zero pojęcia, co mnie czeka. Czułam się fatalnie, ale myślałam, że to zwykłe przeciążenie organizmu. Rafał wyciągnął mnie na spacer („przewietrzysz się, będzie lepiej”). No. I zrobiło się gorzej.

Czegoś podobnego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. To nie był ból głowy, na który cierpiałam od dziecka. Był inny i tak silny, że dosłownie słaniałam się na nogach. Gdyby nie Rafał, położyłabym się na środku chodnika – tak bardzo nie byłam w stanie iść. Obiema rękami trzymałam się za głowę i zasłaniałam oczy, bo każdy błysk światła (a słonko świeciło ładnie), każdy dźwięk (a byliśmy w środku miasta) były jak noże wbijane w mój mózg. Rafał praktycznie niósł mnie na mieszkanie. Tam szybko łyknęłam przeciwbólową i położyłam się do łóżka.

Ból, którego wcześniej nie znałam

Po dwugodzinnej drzemce ból głowy przywitał mnie w nowej, przerażającej postaci. Gdy leżałam w bezruchu, było ok. Gdy przekręcałam się na bok lub próbowałam wstać, ból potężniał, wzbierał we mnie tak bardzo, że myślałam, że nie wytrzymam. Jakby coś obcego mi w głowie rosło, zaciskało się wokół mózgu i miało zaraz eksplodować. Przed oczami robiło się ciemno; ból zagarniał mnie, obezwładniał. Na kilka sekund nie byłam sobą, byłam bólem.

Oprócz bólu dokuczały mi też silne nudności i zawroty głowy. Mdliło mnie za każdym razem, gdy wstawałam z łóżka. To nie było tak, że cofnie cię raz, drugi, zwymiotujesz i jest lepiej. Nie. Skurcze przepony i mięśni brzucha pojawiały się przy każdym ruchu. Były zbyt silne, zbyt gwałtowne, nie potrafiłam nad nimi panować. Poddawałam się im biernie, resztką sił zmuszając się, by pochylać głowę nad miską przy łóżku. Gdy zwróciłam wszystko, co miałam, wymiotowałam dalej, ale żółcią. Z czasem może i nawet nic nie wychodziło, ale odruchy dalej targały.

Jedynie na leżąco dawało się ten stan znieść, szybko więc zaczęłam bać się wstawać z łóżka. Ruch ograniczałam do minimum. Piłam niewiele, jadłam jeszcze mniej. Przez dwa kolejne dni Rafał dbał o mnie na każdym kroku. Podawał mi, czego potrzebowałam, czasem karmił, pomagał chodzić, myć się, prowadził do WC, zbierał wymiociny z podłogi itd.

Call for help

Gdy mówił: „wezwijmy pomoc”, uparcie odmawiałam, przekonana, że to wredny atak migreny i zaraz minie, na pewno minie.

W poniedziałek rano wezwaliśmy pogotowie. Powiedzieć, że „ratownicy byli niemili” to za mało. Kurtuazji nie oczekiwałam, ale c’mon. Państwo zdaje się z miejsca uznali mnie za kłamczuchę. W końcu kto wytrzymuje dwa dni z bólem utrudniającym funkcjonowanie i dopiero trzeciego wzywa pomoc? Usłyszałam, że skoro chcę do szpitala, to mam wstać, wyjść z mieszkania i pójść do karetki. Dumna, zawzięta ze mnie bestia, dlatego zrobiłam, co chcieli, choć przy każdym kroku myślałam, że zemdleję.

Zabawne – wtedy jeszcze wierzyłam, że dostanę pomoc na SOR-ze.

Mój ulubiony SOR w Krakowie

Trafiłam na SOR Żeromskiego, czyli ten sam, z którego półtorej roku później zostałam odesłana do domu po udarze mózgu (sprawdź: DZIEŃ, GDY MIAŁAM UDAR MÓZGU). Spędziłam tam jakieś dziesięć-dwanaście godzin, czekając, aż ktoś się mną zainteresuje. Nie doczekałam się. Jedyne, co mi podano to dwie małe kroplówki z Ketonalem, które efektu nie przyniosły. Ketonal brałam przez weekend w domu, wiedziałam, że nie zadziała, no ale kto słucha pacjenta na SOR-ze.

Pierwszy poważny kryzys

Po kilku godzinach kompletnej olewki zaczęłam serio się martwić i próbować zwrócić uwagę kogoś z personelu. Trochę zajęło – pielęgniarki są tam strategicznie w ciągłym biegu. W końcu któraś usłyszała wołanie, zatrzymała się i spojrzała w moją stronę. Spytałam, czy mogłaby podać mi szklankę wody. Pani usłyszała moją prośbę, po czym odwróciła się i poszła w drugą stronę. Nawet nie powiedziała: „nie”.

Coś we mnie pękło po tym. Zaczęłam płakać. W cokolwiek wierzyłam wcześniej, przestałam. Od tamtej pory leżałam jak zwłoki na łóżku i czekałam na wypis.

Ozdrowiała!

Koło północy podeszła do mnie inna pielęgniarka i zapytała, czy chcę iść do domu. Bez zastanowienia odpowiedziałam: „tak”, mimo że ból głowy męczył mnie gorzej niż rano. Zaprowadziła mnie do gabinetu, gdzie lekarz wypisywał papiery. Tam, siedząc po drugiej stronie biurka, zaczęłam krztusić się odruchami wymiotnymi. Pielęgniarka podała mi kosz na śmieci, żebym nie zabrudziła okolicy lekarskiego biurka i odwróciła wzrok, a doktor stukał w klawiaturę, kompletnie moim stanem niewzruszony. Zadawał pytania typu: „miejsce zamieszkania?”, a ja bąkałam coś, charcząc i plując żółcią. Gdy doktor skończył z papierkami, pielęgniarka wcisnęła mi kawałek ligniny w rękę i wskazała kierunek do wyjścia. Do widzenia, powodzenia.

Trochę zataczałam się po drodze, byłam bardzo słaba, ale jakoś dotarłam do drzwi. Za nimi spotkałam Rafała. Czekał tam na mnie przez cały dzień na podłodze. Objął mnie i zabrał z powrotem na mieszkanie.

Po kuracji na SOR-ze

Następnego dnia ból głowy był jeszcze gorszy. Rafał musiał iść do pracy, więc do godziny 17.00 leżałam sama w łóżku, z butelką wody przy ręce, wyczerpana fizycznie i psychicznie. Nie śmiałam ruszyć się nawet o centymetr. Czekałam, aż Rafał wróci i mi pomoże. Wytrzymałam w ten sposób dwa kolejne dni. W czwartek zadzwoniłam po rodziców, by przyjechali do Krakowa i zabrali mnie do domu.

Droga do Kielc była ciężka. Zapakować mnie do samochodu – raz; wytrzymać w nim na siedząco ponad 100 km – dwa. Byle zwolnienie / przyśpieszenie i żołądek podchodził mi do gardła. Mama siedziała obok, trzymała mnie za rękę i podstawiała mi ręczniki papierowe pod brodę, by łapać wymiociny. Po dwóch godzinach zaczęłam gadać coś dziwnego tak cichym głosem, że mama nie rozumiała, co mówię. Była przerażona; chyba bała się, że umrę jej na rękach.

U rodziców

Kolejny tydzień był ciężki, ale i tak bez porównania lepszy w stosunku do tego, co działo się w Krakowie. Leżałam w łóżku w pampersie i z wenflonem w żyle, podłączona do kroplówki, żeby się nie odwodnić. Żywiłam Nutrisonem. Wyobraźcie to sobie: dziewczyna 27 lat, teoretycznie sprawna, nagle nie jest w stanie pójść do kibla i z uśmiechem wita mamę, która zakłada jej pampersa, myje ją i przewija.

W trzecim tygodniu bólu straciłam nadzieję na jakąkolwiek poprawę. Leżałam w łóżku godzina za godziną, dzień za dniem jak jakaś przykra skorupa człowieka, marząc o tym, że albo umrę albo zdarzy się cud i ból się skończy. Rozregulował mi się zegarek; zaczęłam mieć problemy ze snem, do tego gnaty bolały mnie niemiłosiernie od leżenia ciągle w jednej pozycji.

Końcówka: ból maleje i pojawia się problem z uszami

Na przełomie trzeciego, czwartego tygodnia ból głowy zaczął maleć. Nie wiem, czy to zasługa leków czy po prostu coś uznało, że napastwiło się wystarczająco i pora odpuścić. Choć głowa dalej mnie bolała, ból jednak zmienił swoją postać i bliżej mu było do bólu głowy, który znałam wcześniej. Mogłam wstać z łóżka, pójść do łazienki, na balkon, przewietrzyć się. Jaka to była radość, gdy po kilku tygodniach leżenia w łóżku wzięłam prysznic, siadłam przy stole i zjadłam obiad bez wymiotowania. Coś pięknego.

W czwartym tygodniu pojawił się problem z uszami. Przy zmianie pozycji ciała – czyli w momencie wcześniejszego bólu – odczuwałam coś w rodzaju „przytykania” wewnątrz przewodów słuchowych. To było takie dziwne, nieprzyjemne uczucie, jakby między mną a światem wyrastała nagle niewidzialna bariera, która sprawiała, że dźwięki odbierałam o wiele słabiej, przytłumione i jakby z dużej odległości. Czasem uszy zatykały się tak silnie, że kompletnie nie rozumiałam, co ktoś do mnie mówi i musiałam położyć się, by znowu zacząć słyszeć. Zmiana pozycji ciała była tu kluczem. Byłam u neurologa i laryngologa z tym problemem, ale lekarze nie znajdowali powodów dla mojej przypadłości. Dostałam leki – Betanil i Polvertic – brałam je przez jakiś czas później, ale nie wiem, czy cokolwiek pomagały. Po kilku kolejnych tygodniach problem ustąpił.

Czy to był mój pierwszy udar mózgu?

Jak dowiedziałam się później, objawy, których w 2017 roku doświadczyłam: silny ból głowy, zawroty, pogorszenie widzenia/ słyszenia, nudności mogły zwiastować udar mózgu – udar migrenowy konkretnie. Między 2017 a 2018 nie miałam badania MRI głowy, więc nie mam pewności. Na hipotezę udaru wskazują dwie rzeczy.

Po pierwsze: przebieg leczenia. Gdy w drugim tygodniu bólu dostałam tabletkę z sumatryptanem, podawaną w ostrych napadach migreny, a niewskazaną w przypadku udaru mózgu, myślałam, że umieram. Jednym ze skutków ubocznych Cinie jest podwyższanie ciśnienia krwi. Przyjmuje się, że u ok. 80% pacjentów z udarem niedokrwiennym występuje wzrost ciśnienia; zadaniem leczenia po udarze jest ciśnienie obniżać, nie podwyższać (stawką jest życie pacjenta – wysokie wartości ciśnienia skurczowego odpowiadają wzrostowi śmiertelności u udarowców w ciągu 14 dni)1.

Najlepiej działały na mnie wówczas najzwyklejsze leki przeciwbólowe z kwasem acetylosalicylowym. I tu ciekawostka, kwas acetylosalicylowy zaleca się do leczenia udaru migrenowego w dawce 500-1000 mg2. Po epizodzie z sumatryptanem bałam się brać cokolwiek silniejszego i łykałam tabletki z 250 mg kwasu acetylosalicylowego. To być może tłumaczy, dlaczego minął miesiąc, zanim znowu stanęłam na nogi.

Druga sprawa, gdy wróciłam do Krakowa i do swoich obowiązków na polonistyce, zaczęłam zauważać pogorszenie sprawności intelektualnej. To nie były wielkie problemy, ot trudności z zapamiętywaniem np. tekstów na zajęcia, osłabienie koncentracji. Przed każdymi ćwiczeniami robiłam opasłe notatki z lektur, byle nie kompromitować się przed studentami i jakoś szło. Czułam, że coś ze mną słabiej, ale nic z tym nie zrobiłam. Wróciłam do życia, a półtorej roku później stało się, co się stało.


Nie wiem, czy mogłam temu zapobiec, ale mam w tym miejscu prośbę: BĄDŹ MĄDRZEJSZY ODE MNIE. Jeśli coś się dzieje – choćby lekarze nie widzieli przyczyn, a objawy mijały samoistnie – rób badania. Nie czekaj, aż będzie za późno.

  1. K. Grabska, Ciśnienie krwi w ostrej fazie udaru – co robić? w: „Polski Przegląd Neurologiczny” 2008, t. 4, supl. A, s. 25. ↩︎
  2. R. Kaźmierski, Migrenowy udar niedokrwienny mózgu w: „Polski Przegląd Neurologiczny” 2011, t.7, nr 2, s. 94. ↩︎

Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!

2 comments
  1. W listopadzie 2017 przeżyłam coś identycznego. Potworny ból głowy, praktycznie utrata wzroku, wymioty, myślałam, że umieram. Leczyli mnie na zapalenie zatoki sitowej, do siebie dochodziłam pół roku.
    Dzięki za tego bloga.

    1. Pół roku? Dramat. U mnie aż tak długo nie trwało. Współczuję:( dzięki za miłe słowa!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *