Nie ma cwaniaka na Warszawiaka
– mówi przysłowie – a na takiego z warszawskiej Pragi to już w ogóle. Praga to szczególne miejsce w świecie Rafała. Trzecią płytę Niechęci1 Unsubscribe promował singiel zatytułowany, nomen omen, Praga. Rafał od lat mieszka na Saskiej Kępie – kocha to miejsce, ale równie mocno kocha Pragę – dzielnicę, z której pochodzi.
Legenda głosi, że jego pradziadek był bardzo obrotny i przed wojną dorobił się na Pradze dużego majątku. W czasach PRL-owskich majątek rodzinny przepadł, ale ten cudny praski gen w żyłach Rafała się uchował. Jest kuty bity na cztery łapy, ale ma przy tym ogromną wrażliwość, serdeczność i niesamowity zmysł estetyczny. Im lepiej go poznaję, tym więcej widzę w nim warstw, różności, ale… w sumie, to pasuje, jest bardzo warszawskie. Lubię myśleć o nim jak o palmie na Rondzie De Gaulle’a, chyba że znajdziecie mi coś w stolicy bardziej weird i nad innymi.
Trochę sobie pozwalam, ale szczerze – podziwiam go za charakter. Za bezkompromisowość, zawziętość, pracowitość, pomysł na siebie, charyzmę. Tego zawsze mi mało, tego zawsze chcę więcej, więc nic dziwnego, że poznawszy Rafała, od razu się zauroczyłam.
Załęs, Dodos, Szczepan, Alex
Powiem Wam teraz trochę o jego chłopakach2.
Diwa

Rafał jest liderem, tak, ale diwa w zespole może być tylko jedna. Załęski! Niesamowicie utalentowany, ze słuchem absolutnym i ekspresją sceniczną lvl 99. Ponoć w barach na Powiślu randomowi ludzie śpiewają pieśni o jego wyczynach dzikich, szalonych – atawistycznych powiedziałby Rafał. Prywatnie i na co dzień jest przekochanym człowiekiem: serducho ma ogromne, bezinteresowne i ludziom oddane.
Gdy gadasz z nim o muzyce, nie próbuje popisywać się erudycją i na spokojnie przechodzi od Ravela do Aguilery. Ps. to jego słabość – piękne artystki z wielkimi głosami. Paluszki ma złote: jak śmiga po klawiszach, fani dobrze wiedzą. Komponuje, a ponadto: stroi ze słuchu (bez miary, tunera), tańczy, strzela z łuku, lata awionetką, je grzecznie nożem i widelcem. I jeszcze sprząta w mieszkaniu.
Rafał mówi o nim jako swoim „wielkim, spełnionym marzeniu”, ponieważ chciał Załęsa już w pierwszym składzie Niechęci. Zaprosił go na próbę w 2009 roku jeszcze przed wydaniem czegokolwiek. Załęski był wtedy siojtek w liceum, ale już znali go na mieście. Na próbę przyszedł, posłuchał i… z miejsca odmówił. „To zbyt mroczne; nie chcę tak grać” – powiedział. Trafił do Jazzpospolitej – tam mu pasowało – ale z Rafałem kumplami pozostali. Swą młodzieńczą, bezczelną odmową zapisał się w jego sercu gorącymi literami.
Minęło trochę lat, Załęski dojrzał, zmądrzał i trafił do Niechęci jako zastępca na trasę. W trakcie grania tak między panami klikło, że został na stałe, jest do dziś i nie zamierza rezygnować. Czasem rejtanem się położy (jak np. wtedy gdy chciał, by Reckless Things mixował Arek Kopera), ale większość propozycji Rafała przyjmuje z zaufaniem. I choć muzyka Niechęci w dalszym ciągu zdaje się nieco zbyt punkowa na jego gust (Aguilera, pamiętamy), tak na pytanie: „jak Ci się gra w tym zespole?” bez chwili zastanowienia odpowiada: „wspaniale”. Bo koniec końców, gdy muzyka to Twoje życie, kluczowe okazuje się to, z kim grasz – czy idziesz na joba, czy masz ekipę, z którą możesz zrobić coś więcej.
Wielkie serce

Nie wiem, kto powiedział, że „perkusista jest najlepszym przyjacielem muzyków”, ale idę o zakład, że znał Dodosa. Zdjęcie jego roześmianej buźki powinno promować idee positive thinking, Friendship Day i co tam jeszcze. To nie jeden z tych szczękościskich fałszywców, oj nie. On autentycznie lubi ludzi – nie ocenia, akceptuje; śmieje się całym sobą, piątki z uczniami przybija, kolegów z zespołu przytula. Ma takie spojrzenie jakby w człowieka od podszewki. Mnie kupił od razu, a jestem jednak dość nieufna. W życiu takiego gościa nie spotkałam. I do tego nak*rwia na bębnach jak wściekły.
Grać zaczął za dzieciaka. Jako samouk nieraz musiał wyważać otwarte drzwi, ale co za nimi widział, było szersze i ciekawsze od tego, co widzieli koledzy systemowo ukształtowani. Z tego względu nauczył się ufać swojej intuicji bardziej. Dziś zagra na wszystkim: na starej blasze, szrocie totalnym, na emaliowanym garnku i walnie taką solówkę, że gacie będziesz zbierać z podłogi. To brzmi niemal zabawnie, gdy wspomnimy słowa Rafała z koncertu, że oto przyszedł Dodos i „nauczył ich profesjonalizmu”. Widać tu Rafała namiętność do ironii i prowokacji. Dodos o dyplomy z uczelni nigdy się nie starał, profesjonalistą sensu stricte nie jest, ale gra tak, że niejeden po akademii w Katowicach pozazdrościłby mu umiejętności.
Powiem jeszcze, skąd garnek. To nie żart – Dodos serio lubi grać na garnkach. Byłam na Niechęci, Warsaw Improvisers Orchestra, Light Star Guiding – w trakcie każdego koncertu Dodosowe solo na emalii było wisienką nad i. Zasmuciłabym się, gdyby na kolejnym koncercie garnka z torby nie wyciągnął. Jak brzmią, odkrył, gdy wyrzucał stare garnki po dziadku z mieszkania. Scena awangardowa od lat 60. XX wieku dąży do przekraczania klasycznych środków wyrazów. W tym kontekście granie na garnku lub skrzypienie pałeczką po talerzach nie jest jakoś turbo nowatorskie, ale… ilu takich muzyków w Warszawie? Klasyczny jazzman tak nie zagra; uzna produkowane w ten sposób brzmienia za brzydkie, dziwaczne – będzie chciał je utemperować, wygładzić. Nie Dodos. On lubi jechać po bandzie, więc jeśli chcecie sprawić mu prezent, jestem pewna, że garnek emaliowany (dobrej jakości oczywiście) będzie strzałem w 10.
Cicha woda

Tommy Lee powiedział kiedyś: „what happens on the road, stays on the road” i to zdanie do Szczepana pasuje bardzo. Bo Szczepan na co dzień poważnym człowiekiem jest. Nosi wyprasowane koszule, prowadzi szkołę norweskiego, tatusiuje trójce słodkich dzieciaków, ale gdy jedzie w trasę z chłopakami… (patrz wyżej). Niewykluczone, że stała obecność Załęskiego rzuca się człowiekowi na mózg. Pytanie: czy cokolwiek byłoby możliwe, gdyby nie miał tej słynnej „cichej wody” za skórą?
Nikt w zespole nie gra tak równo jak on. Gdy nagrywali Widmo, Załęski spojrzał na jego ścieżki i przecierał oczy ze zdumienia. Wszystkie uderzenia były idealnie równo na metronomie. Naturalnym jest, że muzycy przyśpieszają, szczególnie gdy pojawiają się emocje. Nie Szczepan. Wielu marzy, by mieć taki timing w łapie. Co ciekawe, Szczepan podobnie jak Dodos jest samoukiem. Za bas chwycił późno, bo jako nastolatek, ale grać nauczył się bardzo szybko. Grał w Plazmatikonie i Daktari, ale miejsce prawdziwie swoje znalazł dopiero w Niechęci. Dołączył do zespołu w trakcie prac nad Self-titled i obecnie jest na drugim miejscu pod względem długości stażu.
Na scenie zachowuje spokój jak mało kto. Gdy Dodosa roznosi za garami, a Załęski skacze po klawiszach, Szczepan profesor równo, idealnie na siateczce gra bardzo ekspresyjne rzeczy i jedyne na co sobie pozwala to tajemniczy, Mona Lisa’s style uśmiech za basem. Jego spokój być może płynie z tego, że jako dziecko śmigał na deskach teatru. Od 7 do 12 roku życia występował w Teatrze Muzycznym PANTERA. Grał na profesjonalnych scenach, podczas krajowych i zagranicznych festiwali. Z Mietkiem Szcześniakiem występował – Mietek śpiewał, a mały Szczepan podskakiwał w rajtuzach i worku po cemencie do piosenki o tym, jak to „pewien wynalazca spod Krakowa lubił wszystko betonować”. Dziwić się, że dziś w Niechęci ma nerwy ze stali.
Nowe płuca

Alexa wyczaili, gdy grał w SPATIFie z Ninja Episkopat. Rafał mówi, że: „dali w łeb, zapakowali do bagażnika i już nie puścili”. W rzeczywistości obyło się bez przemocy, ale faktycznie Alex zrobił wielkie wrażenie. Załęski zobaczył go na scenie i zaraz napisał Rafałowi, by zbierał się w te pędy na Aleje Ujazdowskie, bo „ma gościa na saksofon”. Byli w dupie w tamtym czasie – dotychczasowy saksofonista zrezygnował z grania chwilę przed ruszeniem w trasę promującą Unsubscribe. Wiadomo, mogli wziąć kogokolwiek, ale to byłaby ostateczność. Chcieli – jak zawsze – kogoś wyjątkowego.
Podbili do Alexa spytać, czy zna taki zespół jak Niechęć. „No znam, może być” – odpowiedział (♥). Twierdzi, że ich nie rozpoznał, ale czy to możliwe? Następnego dnia dostał telefon od Rafała i miesiąc na przygotowania do castingu. Rafał wiedział, co robi, gdy proponował mu granie, tak samo jak gdy namówił do zdejmowania koszulki na koncertach. Alex w zespole robi za petit-maître, po polskiemu fircyka, dandysa – kawalera modnego, rozrywkowego, u pań (i pewnie niektórych panów) fale ciepła wywołującego. Ale ale: Alex jest bardzo ambitny. Chciał, bym patrzyła mu w oczy, pisząc ten text, dlatego postaram się być poważna.
Jakieś 12-13 lat temu poznał w Krakowie gościa imieniem John Mann. Pan Mann pochodzi z Kalifornii, robi storyboardy, koncepty, scenografie, grafiki 3D i inne. Opowiadał młodziutkiemu wówczas Alexowi, dlaczego postanowił nie zakładać rodziny i w całości poświęcił się pracy artystycznej. Dziś Alex na pytanie o znaczenie muzyki w swoim życiu ma równie poważną odpowiedź. Pisze ją na obraz i podobieństwo swoje – chce, by była „najbliżej prawdy, którą miał w danym momencie w głowie”. Najbliżej, ponieważ to zawsze „nieidealne, nieskończone”; raczej marne odbicie idei, ale close enough – close na tyle, ile w danym momencie może.
Na Reckless Things znalazło się aż 6 kawałków jego autorstwa. Zależało mu na tym, by podpisano je: composed by Alex Clov. Napracował się, nakoncypował – koledzy pięknie zagrali, tak – ale to jego dziecko, jego sposób na radzenie sobie z lękiem przed śmiercią. Chce, by ludzie to widzieli. Pod tym względem, myślę, ma wiele wspólnego z Rafałem. Rafał mówi ironicznie o własnej roli w zespole, na koncertach gada o „iluzji, że robi się coś ważnego”, ale – jak słusznie Alex zauważył – nie da się czegoś robić ironicznie przez 13 lat. Chyba są do siebie podobni, więc, no kurde, musieli go do tego bagażnika.
Rafał, herszt tej bandy

Stałym punktem na koncertach Niechęci jest intermedium w trakcie. Panowie grają prawie trzy godziny, więc przerwa okazuje się konieczna. Rafał zabawia wówczas publiczność gadką: przedstawia zespół, dziękuje ekipie pracującej przy realizacji i wyróżnia wybrane osoby z publiczności. Porównywałam jego przemowy z trzech koncertów i uderzyło mnie, jak dużo mówi o kolegach, a jak mało o sobie. 30 sekund, dwa zdania, zero przymiotników. Ktoś kto go nie zna, mógłby pomyśleć, że to ze skromności.
Rafał tymczasem ma ego jak Pałac Kultury. Lubi, gdy drapie się go za uszkiem. Pracował jako recenzent filmowy, ale gdy osiągnął wiek Chrystusowy, rzucił to i postanowił zostać gwiazdą sceny. Kto robi coś takiego? Większość 30-latków ma życia tak poustawiane, strach przed porażką tak zakorzeniony, że woli w cichości serca czekać na śmierć, niż brać się za zmiany. Rafałowi jednak bliżej do szaleńca niż większości, nie ma w zwyczaju się pie*dolić, a skoro – od razu poszedł na całość.
Gitara i dymiarka
Mówi, że nie potrafi grać. Manualnie jest słaby, fakt – Dżemu przy ognisku nie zagra – ale do tego, co robi, nie trzeba technicznej wirtuozerii. Czuje formę jak mało kto, przy ogrywaniu kawałków zawsze ma najwięcej do powiedzenia i potrafi antycypować reakcje publiczności. Widać tu jego szeroką wiedzę o muzyce i krytyczne zaangażowanie w proces twórczy. I jeszcze coś… intuicję? Szósty zmysł? Jakkolwiek to nazwać, on wie, co zrobić, żeby siedziało i pięknie zagrało.
Jego gra być może wygląda jak blaga, ale to nie tak. Rafał ma swój unikalny styl pracy z brzmieniem. Produkuje te wszystkie „stęki, jęki” – plamy dźwięku, chmury dymu – które operują w tle, na drugim planie i nawet nie brzmią jak gitara. Ludzie myślą, że to klawisze albo syntezator. Tymczasem gdyby wyłączyć ścieżki gitary, Niechęć automatycznie zmienia charakter: traci pazura, przestaje być mroczna i niepokojąca, i staje się zwykłą jazz-rockową kapelą.
Tacy gitarzyści byli wcześniej – Niechęć nie jest eksperymentalnym zespołem, ale stara się mieć własne, oryginalne podejście. Ich metodą jest oszczędne granie nastawione na sonorystykę, czyli jakość brzmienia. Alex podkreśla, że wielu muzyków uczy się świadomości rytmicznej, harmonicznej, melodycznej; opanowuje instrument, a kompletnie nie czai idei dźwięku jako dźwięku i tego, co z brzmieniem można robić – jak brzmienie może wynieść nawet proste granie na inny poziom. To rzadko spotykany rodzaj wrażliwości muzycznej, który Rafał ma na bardzo wysokim poziomie przez to, że jest tak bardzo osłuchany.
Ojciec chrzestny
Jeśli chodzi o relacje w Niechęci, Rafał silną ręką broni chłopaków: „wara od moich dzieciaczków” – mówi Załęski. Niech ktoś odważy się ich skrytykować. Niech ktoś odmówi napisania recenzji. Tylko mu podpadnij. W jego świecie nie ma półśrodków. Negocjacje z nim muszą być niełatwe. Ku*wami (mam nadzieję) nie rzuca, ale zdanie ma twarde i bez ogródek mówi, co myśli.
Ta zawziętość, zapalczywość może straszyć, ale ciężko oczekiwać od osoby takiej jak Rafał, że będzie łagodna jak baranek. Z dobrych rzeczy: jego charakterność przekłada się na finansowe korzyści dla całej Niechęci. Rafał nic nie robi na pół gwizdka, więc tym bardziej nie zagra za pół darmo lub byle gdzie. On ustawia koncerty, planuje trasy w najdrobniejszych szczegółach, a skoro – negocjuje stawki możliwie jak najwyższe.
On tego nie powie – mówi Załęski – ale sposób, w jaki organizuje ten zespół, jak zlepia ten zespół… to jest hit. Fenomen na skalę Polski.
Względem kolegów jest bardzo sprawiedliwy. Chce, żeby wszyscy błyszczeli równo. To nie jest układ typu: lider i jego muzykanty, lecz autentyczny zespół, w którym każdy jest tak samo ważny. Rafał jest jak ojciec chrzestny: gdy ktoś podskakuje – nauczy pokory, a potem wypuści dzieciaczki na scenę i będzie polewać szklaneczki, z dumą patrząc na publikę: „patrzcie, no patrzcie – to MOJE”. Uwielbiam, gdy jest tak zadowolony, że przestaje grać, ręce do góry podnosi, cieszy się i wiwatuje, a chłopacy naku*wiają jak pojebani.
Na koniec
Odgraża się, że na emeryturę przyjedzie do Krakowa. Nie wiem, czy to możliwe, żeby opuścił Warszawę, ale potrafię wyobrazić sobie, jak co drugi weekend przesiaduje w Tworzywku, toczy opowieści o swoim życiu, a dzieci wokół spijają słowa z jego ust. Pytanie: czy Rafał kiedykolwiek przejdzie na emeryturę? Czy zrezygnuje ze sceny? Chyba tylko, jeśli urządzi ją sobie w innym miejscu – zainscenizuje inny fragment życia i wyreżyseruje po swojemu. Prędzej uwierzę w to, że za 25 lat zejdzie na zawał, grając koncert, niż że odpuści. Dlatego życzę mu z całego serca, żeby nigdy nie musiał zadowalać się życiem w cieniu.
***
Ten tekst nie powstałby bez udziału Michała Załęskiego, Dominika „Dodosa” Mokrzewskiego, Macieja Szczepańskiego i Alexa Clova.
Za życzliwość, rozmowność i cenne uwagi – wielkie, wielkie dzięki!
- Sprawdź Niechęci FB, IG, Spotify ↩︎
- Zdjęcia chłopaków zrobiła Katarina von Nacht w trakcie koncertów Niechęci w Klubie RE w Krakowie 5 i 6 kwietnia 2025 roku. Całą relację znajdziesz na jej profilu FB (LINK) ↩︎
Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!
4 comments
Świetny tekst! Pokazuje Niechęć od zupełnie innej strony niż wszystkie wcześniejsze artykuły o zespole. Gratulacje!
Dzięki bardzo, to zaszczyt czytać taki komentarz! Pozdrawiam 🙂
Bardzo dobry tekst. Jestem fanem Niechęci od początku i nawet sformułowałem kiedyś pogląd, że oni daleko zajdą (w komercyjnym sensie). Szybko jednak zweryfikowałem tę wizję. Zrozumiałem, że to jest Niechęć i nikt nie będzie im mówił gdzie mają być i co mają robić. Aktualnie, gdy podpisali kontrakt z SP Records zastanawiam się, czy nie wygłosić nowego poglądu 🙂 Trzymam za nich kciuki. Pozdrawiam Rafała i resztę wariatów. Panią też 🙂
Bardzo miło! Dziękuję za komentarz i pozdrowienia, i pozdrawiam także! Do zobaczenia we wrześniu na koncercie? 🙂