O Rafale, który uratował mi życie

Chyba nigdy wcześniej nie wystraszył się tak, jak wtedy gdy 23 listopada znalazł mnie nieprzytomną na podłodze mieszkania. To będzie długi wpis, ze specjalną dedykacją dla człowieka, któremu zawdzięczam więcej, niż jestem w stanie powiedzieć.

W momencie, gdy mnie znalazł (sprawdź: DZIEŃ, GDY MIAŁAM UDAR MÓZGU):

Wyglądałam jak kukła – nieruchoma, niema, dziwacznie rozpostarta na podłodze: plecy oparte o szafkę, opuszczona głowa, zamknięte oczy, jedna dłoń zaczepiona o taboret przy ścianie, druga bezwładnie opadająca na nogi. Oddychałam – żyłam, ale nic więcej. Nie reagowałam, gdy podniósł moją głowę i wołał, by mnie obudzić. (…) postawił mnie na nogi z myślą, by przenieść na łóżko. Zauważył wtedy, że nie byłam tak bierna, bezwładna, jak początkowo sądził, choć oczy dalej trzymałam zamknięte, jakbym nie chciała lub nie mogła się obudzić.

Podkreślam tamten moment, bo on był proroczy dla naszej relacji na przestrzeni kolejnych lat. Bez niego nie stanęłabym na nogi.

Nieraz słyszałam o poudarowej depresji, o tym, jak choremu ciężko odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A co z ludźmi obok? Chory nie funkcjonuje w próżni. Trzeba go myć, karmić, cewnikować, ubierać, po nim sprzątać, z nim rozmawiać, na niego się nie złościć i za niego pracować. Ludzie, którzy dźwigają chorobę razem z chorym nieraz tylko w wąskim gronie, anonimowo lub przed lustrem mogą ponarzekać na własne trudy. Bo im nie wypada. Bo są zdrowi, a bycie zdrowym nie uprawnia do narzekania. Damn. O nich nie mówi się wystarczająco, a przecież to oni są cichymi bohaterami każdego chorego.

Pierwszy tydzień

I tak, w momencie udaru miałam 28 lat, Rafał 32. Byliśmy razem od niedawna i nasza relacja nie była na coś takiego gotowa. W trakcie pierwszego tygodnia, dzięki uprzejmości SOR-u, Rafał nie miał pojęcia, co się ze mną stało. Wiedział tylko, że musi mi pomóc. Cytuję (sprawdź: ZABURZENIA MOWY, WIDZENIA…):

Sama nie przeżyłabym w tym stanie kilku dni. Szczęście, że miałam blisko kogoś, kto zajął się mną bez proszenia i jakoś przez to przeprowadził. I tak, przez pięć kolejnych dni Rafał opiekował się mną na tym najbardziej podstawowym poziomie. Budził mnie, pomagał się myć, czesał mnie, ubierał, robił mi pić/ jeść, asekurował przy chodzeniu, kontaktował z ludźmi w moim imieniu.

Sprawę dodatkowo utrudniał fakt, że kontakt ze mną w tamtym czasie był mocno ograniczony. Używałam prawdziwych słów, ale sposób, w jaki robiłam zdania był totalnie od czapy. Nawet nie że nie w kontekście. Poje*any, zwyczajnie. Niechlujny, błędny, często nielogiczny. Rafał poznał mnie jako osobę elokwentną, wykształconą, a nagle, ni stąd ni zowąd nie potrafiłam powiedzieć, co się stało i zachowywałam jak potłuczona.

Jak sobie z tym radził?

Z trudem. Jest silnym człowiekiem, ale to byłby, myślę, dla każdego ekstremalnie wyczerpujący czas. Robił, ile mógł, a i tak czuł, że robi za mało. Przygniatały go poczucie odpowiedzialności, nieświadomość i strach, jakiego w życiu nie przeżył. Do tego miał własne życie – pracę, obowiązki. Bał się okrutnie, ale też cieszył z każdego momentu, gdy mówiłam, nieważne z sensem czy bez; z każdego poranka gdy otwierałam oczy. To pozwalało mu wierzyć, że gdzieś tam jestem – zagubiona, ale jestem. I kiedyś wrócę.

Choroba: wspólnota doświadczenia

Myślę, że Rafał długo zmagał się z jakąś formą stresu pourazowego po moim udarze. Gdy nie byłam obok, gdy nie wiedział, co się ze mną dzieje, prześladowało go wspomnienie mnie nieprzytomnej. Przed udarem był osobą pozytywną, zawsze uśmiechniętą, serdeczną. Po udarze zamknął się w sobie, zaczął unikać ludzi, zmarkotniał, posmutniał. Jak kiedyś kochał jeździć rowerem, kochał swoją pracę, tak po udarze coraz mniej rzeczy przynosiło mu radość.

Fiksował się na mnie do tego stopnia, że gdy po ok. roku zaczęłam przyjeżdżać, powiedzmy, dwa razy w miesiącu na weekendy do Krakowa, chciał zainstalować w mieszkaniu kamery po to, żeby pilnować, co się ze mną dzieje, gdy musiał zostawić mnie samą. Mówił, że to dla mojego dobra, ale tak naprawdę chodziło o jego dobro. Bo chcąc nie chcąc, po głowie tłukło mu się: „czy Aga żyje?”, „czy Aga potrzebuje pomocy?”. Gdy nie odbierałam telefonu, zaraz gotowało się w nim ze strachu. Dzwonił i dzwonił do skutku, myśląc, że jeśli w przeciągu 15 minut nie odbiorę / nie oddzwonię, rzuca wszystko i pędzi na Hutę.

Moment prawdy

O tym, że miałam udar, dowiedział się, gdy w grudniu 2018 leżałam w szpitalu w Kielcach. Byłam na niego zła, że „mi nie powiedział” (nie rozumiałam, co gadam, więc proszę się tymi słowami nie sugerować). Gdy usłyszał rozpoznanie i jeszcze te moje wyrzuty… no, nie mógł wykrztusić słowa. Długo zadręczał się myślami, że „mógł temu wszystkiemu zapobiec” – gdyby był ze mną tamtego dnia, gdyby bardziej się postarał, gdyby nalegał na zatrzymanie mnie w szpitalu itd. G*wno prawda. Nic nie mógł zrobić.

Ode mnie: komentarz

Jestem chora, a choroba została rozpoznana dopiero po udarze. To musiało się zdarzyć, kropka. Zrobić tamtego dnia zaś nie mógł nic więcej, bo nie był ze mną spokrewniony, spowinowacony ani w żaden sposób uprawniony do wnioskowania o moim leczeniu. Lekarz na SOR-ze nie dostrzegł problemu, więc Rafał jedyne, co mógł zrobić, to zabrać mnie do domu. Nie mam i nigdy nie miałam do niego żalu o to, co się stało, ale jego te myśli gnębiły długo. Nawet dziś nie jest w stanie powiedzieć, czy to minęło, czy jeszcze w nim siedzi – możliwe, że zżył się z poczuciem winy tak bardzo, że nie potrafi się od niej oddzielić.

Rozmowy telefoniczne

Rozmawiać przez telefon – codziennie, godzinami – zaczęliśmy w grudniu 2018 roku. Dawniej pisaliśmy, ale po udarze ze względu na problemy ze wzrokiem ciężko było mi celować w literki, obraz się załamywał, bolały oczy i głowa. Potrzeba doprowadziła do wykształcenia nowego zwyczaju. W tamtym czasie jeszcze o tym nie wiedziałam, ale właśnie ten zwyczaj – codzienne rozmowy – dały mi nowy początek.

Na czas rozmowy wychodziłam z sali i przechadzałam się po korytarzu. Wierzcie lub nie, ale to była dla mnie rewolucja. Wymagała odwagi, żeby wstać samemu z łóżka i pójść przed siebie, kołysząc się jak kaczka, z jedną ręką na ścianie, drugą przy głowie. Po kilku takich wędrówkach odkryłam pokój wspólny na końcu korytarza, z którego nikt nie korzystał, więc na czas rozmów z Rafałem przesiadywałam tam. Gdy wychodziłam z sali, mówiłam mu, jaki numer jest na drzwiach, żeby później przypomniał mi, gdzie mam wrócić (sala nr 10, pozdrawiam chorych).

Pożegnania i powroty

Jeszcze słówko o rozmowach. Rafał mówi, że momentami sprawiałam wrażenie przekonanej, że nigdy ze szpitala nie wyjdę. Brzmiałam, jakbym żegnała się z życiem i przekazywała ostatnią mądrość kochanej osobie: żeby się nie martwił, doceniał każdy dzień i układał sobie życie z kimś innym. Nie dawał sobie z tym rady, to było zwyczajnie za dużo. Miałam być jego, mieliśmy być razem, a tymczasem wszystko kończyło się, zanim zaczęło.

Żeby nie było: w tej absurdalnej, chorej rzeczywistości potrafiliśmy się też śmiać. Opowiadałam mu o babkach i dziadkach na oddziale, o jakiś zabawnych sytuacjach, o postępach, jakie robiłam. To zawsze poprawiało mu humor. Gdy słyszał, że mam dobre samopoczucie, śmieję się i coraz sprawniej mówię, to wystarczało, by w jakimś mniejszym/ większym spokoju czekać następnego dnia i kolejnej rozmowy. Jak mówi, w tamtym czasie żył głównie telefonami do mnie. Tylko na nie czekał. Reszta to była kalka, tyle.

Pierwsze spotkanie po udarze

Z jego perspektywy to musiał być kosmos. 29. urodziny, ja świeżo po szpitalu i mentalnie na poziomie 8, może 10-letniej dziewczynki. Gdy wszedł do domu, chowałam się za siostrą. Obczajałam go jakby z drugiej linii i byłam wyraźnie zawstydzona. Przypominałam dziecko zaciekawione i onieśmielone widokiem obcego pana. Ważne: gdy był przed domem, wyglądałam przez okno, żeby zobaczyć, jak wygląda. Nie pamiętałam go. I dlatego wstydzioszkowałam się, gdy wszedł do środka.

Mimo wszystko Rafał bardzo dobrze wspomina tamto spotkanie. Pamiętał, w jakim stanie żegnał się ze mną miesiąc wcześniej. Tu stałam o własnych siłach, w miarę prosto, patrzyłam na niego przytomnie i logicznie mówiłam – może jak dziecko, ale różnica była kolosalna. Cieszył się ogromnie; widział mnie w tym dziecku i był dumny, że się nie poddałam. Zawsze we mnie wierzył, ale tamtego dnia uwierzył jeszcze bardziej. W dodatku moje początkowe wycofanie szybko mijało; niezręcznie było może przez pierwsze 5-10 minut. Potem albo do jego obecności przywykłam, albo podświadomie zaczęłam rozpoznawać tego obcego pana jako mojego Rafała.

O wspólnej przyszłości

Nigdy nie pomyślał o tym, żeby mnie zostawić. Nawet gdy stawiałam ścianę między nami tak grubą, że nie potrafił się przez nią przebić. Nawet, gdy w 2024 roku powiedziałam mu, że chcę się rozwieść.

Ślub

Bo tak, byliśmy małżeństwem. Ślub wzięliśmy w grudniu 2020 roku. Było dość nietypowo, myślę. Nikt nie prowadził mnie do ołtarza; nie miałam kwiatów, fryzury. Nie miałam nawet sukni, lecz garnitur i czarną koszulę. Żeby nie było: Rafał wystąpił w czapce z daszkiem. Na ceremonię zaprosiliśmy dwójkę świadków i nikomu z rodziny/ znajomych nie powiedzieliśmy, co robimy. Dowiedzieli się po fakcie. Kierownik urzędu wyłączyła Ave Maria, gdy na nas spojrzała, haha. Ceremonia trwała może 15 minut – zachowaliśmy nazwiska, nie wymienialiśmy się obrączkami. To była przysięga, dwa podpisy, kilka śmiesznych zdjęć w windzie po. Żadnego wesela.

Ktoś pomyśli, że zakpiliśmy z obrzędu, ale według mnie tak powinien wyglądać każdy ślub. No dobra, może nie aż tak radykalnie, ale w 100% w zgodzie z pary młodej pragnieniem. Bez rozkmin typu: „co wypada”. Dziś jesteśmy po rozwodzie, ale kumplujemy się. Wychowujemy razem pieska. I jest ok.

Bez Ciebie nie byłoby mnie

To zdanie należy rozumieć dosłownie. Bez Rafała nie stanęłabym na nogi, nie zrobiłabym pisaniapoudarze. Jakkolwiek nasza historia się potoczy, chcę, żeby wiedział: jesteś w moim sercu.

W tym miejscu mam drobny apel: jeśli jesteś opiekunem osoby po udarze, czujesz się niedoceniany, przemęczony, może blisko granicy, pamiętaj, że nie każdy chory potrafi powiedzieć, ile Ci zawdzięcza. Powody mogą być różne. Dobro zaś – dobro, które dajesz od siebie bezinteresownie – zawsze do Ciebie wróci.


Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *