Niegrzeczna dziewczynka
Nie powiem, bym ucieszyła się z obrotu spraw. Gdy mama powiedziała, że zostaję na neurologii, wpadłam w histerię. Płakałam, dramatyzowałam, zarzucałam jej, że chce się mnie pozbyć; błagałam, by pozwoliła wrócić do domu. Tak bardzo nie chciałam do szpitala, tak strasznie się bałam.
Żeby było jasne: nie martwiłam się np. rozwalonym wzrokiem czy problemami w komunikacji. Miałam 28 lat i zachowywałam się jak dziecko, które spotyka jakaś niesprawiedliwa, niezasłużona kara. Bo tak postrzegałam „porzucenie” mnie na oddziale przez rodziców. Jako karę za bycie niegrzeczną dziewczynką, która zrobiła sobie ziazi w główkę.
Nie-miejsce
Oddział neurologiczny to osobliwy ekosystem, bardziej nie-miejsce niż miejsce – miejsce przejścia jeśli już. Gdy widzisz, że ktoś się na oddziale zadomawia, instynktownie jest ci tej osoby żal. Ja na neurologii znalazłam się w piątek wieczorem. W weekend wiele się nie dzieje, akcja zaczyna się w poniedziałek: wtedy jest obchód, wysyłki na badania. Nie miałam, co robić (czytanie, pisanie, zabawa telefonem to były nieosiągalne dla mnie wówczas aktywności), więc przez pierwsze dwa dni tam po prostu spałam.
W niedzielę wieczorem przeniesiono mnie w towarzystwo trzech starszych pań. Dwie z nich prześcigały się w ponurych opowieściach o własnych nieszczęściach i utyskiwaniu na młode pokolenie. Trzecia leżała niemo w bezruchu. Myśląc o nich, z perspektywy dochodzę do wniosku, że jeśli jesteś w stanie biadolić, jak ci źle, wcale nie jest z tobą tak źle.
Początek leczenia
Opiszę, jak życie na neurologii wygląda na tygodniu. Pobudka 6 rano – panie sprzątające robią rajd po oddziale (nie przesadzam, to jest rajd). Potem równie szybka runda pielęgniarek z nocnej zmiany z lekami / kroplówkami. Koło 7 kolejny rajd tym razem pań rozwożących śniadania. O 8-8.30 obchód kierownika oddziału i jego świty – tu już spokojnym, dostojnym krokiem, z przerwami kilkuminutowymi na przypadek (bo przypadkiem jesteś na łóżku szpitalnianym). I miły akcent na koniec, czyli wizyta lekarza prowadzącego, podczas której przez chwilę możesz czuć się jak człowiek.
Jeśli chodzi o badania, to miałam ich tyle… chyba zrobili mi wszystko, co mogli. Na karcie informacyjnej mam trzy strony z samymi wynikami + epikryza na pół. Całe szczęście, inaczej umarłabym z nudów. Co drugi dzień mogłam spodziewać się jakiejś różnicy. Większość badań wymagała ode mnie tylko leżenia, ale były drobne alternacje. Czasem leżałam nago, czasem z jakimś ustrojstwem na głowie lub klatce, lub klasycznie z wenflonem w żyle; z reguły na leżance, ale też np. w trumniastej tubie przy MRI.
Gdzie mam iść?
W poniedziałek rano pracownicy oddziału jeszcze nie wiedzieli, co ze mną jest i założyli, że młoda dziewczyna samodzielnie przemaszeruje z piętra na piętro, znajdzie odpowiednią salę, odbędzie badanie i wróci na łóżko, więc nie trzeba jej eskortować. Powiedzieli: wstań i idź, to poszłam. Może miałam wątpliwości, ale jakoś tak nauczyłam się w chorobie nie odzywać, a w szpitalu to już w ogóle zgadzać na wszystko. Jakoś na badanie trafiłam, ale po fakcie nie wiedziałam, gdzie iść, by wrócić. Błąkałam się po piętrze i w końcu przestraszona zaczepiłam przypadkową kobietę na korytarzu z pytaniem: „gdzie mam iść?”.
Wieść o moim dziwacznym zachowaniu rozniosła się po oddziale i dotarła do rodziców jeszcze przed wynikami MRI. Później za każdym razem miałam eskortę, a gdy wychodziłam z sali sama, powtarzałam w myślach: „sala nr 10, sala nr 10, sala nr 10”, żeby więcej głupka z siebie nie zrobić.
A że byłam traktowana jak głupek, dobrze wiedziałam. Nikt mi tego nie powiedział wprost, ale czułam to w spojrzeniach, słowach.
Z tego względu najjaśniejszym punktem pobytu na neurologii była dla mnie konsultacja z psychologiem i logopedą. Wiadomo, większość prób zawaliłam, ale całe doświadczenie było tak przyjemną, tak znaczącą różnicą – szansą, by przez kilkanaście minut znów poczuć się jak człowiek. Z problemami, wiadomo, ale jak człowiek – nie freak, na którego rozszerzasz źrenice.
Rozpoznanie
Drugiego dnia po rezonansie głowy dostałam nowe leki: Clexane, Vicebrol, Proaxon. Najważniejsza z nich była, oczywiście, heparyna drobnocząsteczkowa podawana podskórnie (Clexane), której celem jest zapobiegać tworzeniu się kolejnych skrzepów w naczyniach krwionośnych przez rozrzedzanie krwi i, w konsekwencji zmniejszanie ryzyka kolejnego udaru. Odkąd postawiono mi diagnozę, przyjmowałam codziennie rano i wieczorem zastrzyki z heparyną, aż w końcu, po niemal roku heparyna została zastąpiona doustnym antykoagulantem.
Możliwe, że lekarz mówił mi tamtego dnia o udarze, ale nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że przyglądałam się jego rozmowie z mamą. I mam jeden obraz w głowie: plecy mamy, gdy wybiegała z sali, prawdopodobnie płacząc. Przeczułam wtedy, że stało się coś poważnego.
Początkowo nie byłam w stanie wypowiedzieć poprawnie własnej diagnozy. Nie wiem, czy to wina afazji czy innych zaburzeń, ale na pytanie, co mi się stało, mówiłam coś o „urazie mózgu”. Jakbym nie potrafiła przyswoić słowa: „udar”. O chorobie, która mnie spotkała, uczyłam się dużo, dużo później, gdy wstukałam w wyszukiwarkę: „zawał mózgu, zakrzepica żył mózgowych” i zaczęłam czytać.
Zakrzepica naczyń żylnych mózgu
Udar mózgu wywołała u mnie zakrzepica naczyń żylnych mózgu. To podstępna, trudna do wykrycia, potencjalnie bardzo niebezpieczna choroba. Prowadzi do tworzenia zakrzepów w świetle naczyń żylnych, a tym samym stanowi ryzyko zatrzymania dopływu krwi do tkanek mózgu.
Zakrzepica żył mózgowych zdarza się bardzo rzadko, miałam więc wybitnego pecha, że trafiło akurat na mnie. O jej istnieniu i moim chorowaniu dowiedziałam się długo po udarze (udar był jej finalnym stadium). Jednym z głównych objawów zakrzepicy jest ból głowy, a to pojęcie tak popularne, jak nieprecyzyjne. W mojej rodzinie jest kilka przypadków migreny – ja sama na ból głowy cierpiałam od dziecka i leczyłam się z tego powodu u neurologa. Co ciekawe, odkąd jestem w leczeniu przeciwkrzepliwym, ból głowy miewam sporadycznie.
Przykre, że musiało dojść aż do udaru mózgu, by zakrzepica została w moim przypadku nazwana. Ale nie mam o to żalu. Żal mam jedynie do SOR-u w Krakowie, na którym olali mnie 23 listopada (mówiłam który to? Żeromskiego na Hucie). Gdyby wtedy mnie zdiagnozowali, miałabym o wiele większe szanse. A tak przez ponad tydzień zmiany w moim mózgu utrwalały się. W konsekwencji zostałam zmuszona do stawiania siebie na nowo.
Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!