Wariatem być

kadr z filmu „Bronson” reż. N.W. Refn, 2008
W trakcie pobytu na neurologii żyłam na samym dole: gdy chciałam jeść – jadłam, gdy chciałam spać – spałam, tyle. Niby wiedziałam, że coś ze mną nie za bardzo i połączenia ze światem nie czułam, ale nie potrafiłam się do tego odnieść ani cokolwiek ze sobą zrobić. Wszystko działo się jakby obok.

Kontakt ze światem

Jeśli się nie mylę, szóstego dnia na oddziale poznałam lekarza prowadzącego mój przypadek. Pan doktor co prawda przychodził do mnie każdego ranka o stałej porze, ale jakoś wcześniej go nie rejestrowałam. Możliwe, że z początku mówił do mnie jak do ściany – jeśli tak, to przepraszam. Nawiasem mówiąc, przemiły człowiek.

W trakcie drugiego tygodnia na neurologii przyjmowałam studentów praktykujących na oddziale. Prosili mnie o wstawanie z łóżka, robienie kilku kroków, doszukiwali się asymetrii twarzy, czasem o coś pytali. Uczyli się, jak rozpoznawać objawy udaru, a zdaje się byłam dobrym przykładem. Bardzo lubiłam te wizyty – jak każde, jakiekolwiek na oddziale – dziś może czułabym się trochę urażona, służąc za model do nauki.

Żadnych koleżanek na oddziale nie miałam. Średnia wieku tam to ok. 70 lat, więc wszyscy starsi pacjenci, szczególnie pacjentki, patrzyli na mnie jak na impostora, który g*wno wie o życiu, cierpieniu i jeszcze zagarnia całą uwagę lekarską. Tak naprawdę tylko z jedną panią rozwinęłam coś na kształt więzi. Pani była dużo starsza i po udarze tak poważnym, że nie była w stanie ruszyć ręką/ nogą, wydać z siebie jakiś głos. Tylko wodziła wściekłymi oczami po otoczeniu. Nie lubiła mnie, jestem przekonana, a mimo to uparcie próbowałam nawiązać z nią relację. O czymś mi przypominała chyba.

Mama i siostra

Jagódka codziennie wpadała choćby na kwadrans, przynosiła dobre jedzonko, a każda jej wizyta to była ogromna radość. O ustalonych godzinach wypatrywałam jej na chodniku i machałam do niej przez szybę jak szalona. Przez dwa tygodnie poodbijałam swoje łapki w różnych oknach na oddziale. Wyobraźcie sobie moje uczucie, gdy znalazłam się tam ponownie w Sylwestra 2018, a ślady moich łapek dalej na tych oknach wisiały.

Mama pomagała mi we wszystkim. Sama nie potrafiłam się wtedy nawet umyć, więc miała, co robić. Ok, myłam zęby, załatwiałam się (dzięki za uchwyty przy kibelku), ale nieraz zderzyłam się przy tym ze ścianą/ lustrem/ kranem. Prysznicu nie potrafiłam wziąć – za bardzo kręciło mi się w głowie, bym mogła wejść do kabiny i odkręcić wodę. Włosów nie czesałam i wyglądałam jak szalona Rózia ze wsi. Gdy przychodziła mama, szłyśmy razem do łazienki, rozbierałam się i siadałam na krzesełku, wspierałam o uchwyty po obu stronach kabiny, a ona myła moje plecy, włosy itd., potem wycierała mnie, pomagała się ubierać, suszyła włosy i czesała. Voilà! Agniesia, mała dziewczynka, lat 28.

Wariatem być

Pobyt na neurologii mijał mi w obojętności i zagubieniu; czułam, że coś straciłam, ale nie wiedziałam, co – nie potrafiłam tego uczucia nazwać. Nie potrafiłam zrozumieć ogromu tej różnicy. Pierwsze dwa dni płakałam non stop, a potem spacyfikowana SSRI przestałam płakać i zaczęłam poddawać się bezwolnie wszystkiemu.

To pewnie bardzo nieeleganckie z mojej strony, ale gdy myślę o czasie, który spędziłam na neurologii, przypomina mi się genialna scena z Bronsona N.W. Refna1. W trakcie potańcówki w zakładzie psychiatrycznym główny bohater (Hardy♥) zmierza w stronę wyjścia z sali, w której został zamknięty z innymi czubkami. Każdy krok stawia z trudem, ślina cieknie mu z ust, ale jest zdeterminowany, by dojść do drzwi. Gdy przy nich staje, pan w białym stroju każe mu zawrócić i usiąść na stołku w centrum pokoju. I biedny Bronson to robi. Siada na tyłku i wrzeszczy przez łzy z wściekłości.

Konsultacja psychologiczna

Zacytuję fragment opisu po pierwszej konsultacji w szpitalu:

Kontakt słowny zachowany – mowa spowolniała, częste pauzy, braki słów. Pacjentka zgłasza trudności artykulacyjne. W trakcie badania w zachowaniu spokojna, nie obserwuje się nietrzymania afektu, nastrój obojętny. Pacjentka nadmiernie męczliwa, wydolność uwagi znacznie obniżona, mocno dystraktywna. Całość aktualnej oceny psychologicznej (tu: metody i wyniki) wskazuje na amnestyczny zespół wzgórzowy z masywnymi zaburzeniami pamięci długotrwałej, deteriorację funkcjonowania poznawczego, deficyty na poziomie wydajności uczenia się słuchowo-werbalnego, aktualizacji słownika oraz pamięci na materiale wzrokowym – najpewniej na podłożu organicznych zmian CUN.

Pani psycholog nie była w stanie orzec, czy charakter wyżej opisanych deficytów był przemijający czy trwały, więc zleciła mi kolejne badania. Dwa tygodnie później zaobserwowała poprawę w zakresie funkcjonowania poznawczego, co skłoniło do myśli o ustępującym charakterze deficytów, ale – z perspektywy mogę powiedzieć – długa droga była przede mną.

Samotność, ta straszna przyjaciółka

Pod koniec pobytu w szpitalu zdarzało się, że mówiłam Rafałowi, by nie tracił na mnie czasu i ułożył sobie życie z jakąś inną dziewczyną. Nie wierzyłam w to, że wyzdrowieję, że wrócę do tzw. normalności. Normalność to był odległy koncept – normalnością było dla mnie podwójne widzenie, problemy z mówieniem, chodzenie jak na bani i nie pamiętanie swojego życia.

Choroba zabrała mi tak wiele – umiejętności, wiedzę, poczucie wartości, pewności siebie. Długo nie potrafiłam tego ogarnąć, długo nie potrafiłam o tym powiedzieć. W późniejszym okresie, gdy zaczęłam więcej rozumieć, na zewnątrz wydawałam się spokojna, ale w środku kipiało. Wściekłość była tylko moja, stąd ja: samotna. Gdybym pozwoliła jej wychylić łeb, rozwalałaby ściany wokół. Nieraz słyszałam, że udar nauczył mnie pokory, ale jest różnica między pokorą a skrajnie negatywnym myśleniem, w które wtedy wpadałam.

Miły akcent na koniec

Pobyt na neurologii zakończył się jednym dobrym momentem. Ostatniego dnia, zaraz po przebudzeniu zobaczyłam cztery lampki na suficie. Cztery – nie osiem jak do tamtej pory. Cztery, czyli tyle, ile ich było naprawdę. Gdy leżałam na plecach w nieruchomej pozycji i wpatrywałam w sufit nad sobą, obraz przed moimi oczami nie rozdwajał się, nie falował. Aż bałam się uwierzyć. Widziałam normalnie! Nie ma słów, by opisać moje uczucia w tamtym momencie. Trwało to kilka sekund, bo gdy dźwignęłam się na łóżku, obraz wrócił do poprzedniej, trudnej do zniesienia formy – ale nadzieja, że kiedyś będzie lepiej, została.

Pobyt na neurologii – podsumowanie

Na podsumowanie wklejam fragment epikryzy z karty informacyjnej:

Pacjentka lat 28 przyjęta do KIiniki Neurologii z powodu falujących od około tygodnia epizodów zaburzeń świadomości, pogorszenia kontaktu z otoczeniem i sprawności intelektualnej. (…) W badaniu neurologicznym przy przyjęciu cechy afazji amnestycznej, dwojenie obrazu przy patrzeniu we wszystkich kierunkach, asymetria twarzy na niekorzyść strony prawej, prawa gałka oczna ustawiona w zezie zbieżnym, upośledzona ruchomość gałek ocznych ku górze, niewielki niedowład połowiczy lewostronny, zaburzone próby zbornościowe po lewej, chód na poszerzonej podstawie. W IP wykonano TK głowy – zmiana hipodensyjna w strukturach głębokich lewej półkuli mózgu z modelowaniem komory bocznej – do dalszej diagnostyki. Pobyt na oddziale przebiegał bez powikłań. Wykonano niezbędne badania diagnostyczne w tym badanie płynu mózgowo-rdzeniowego, MR głowy, które uwidoczniło podejrzenie zakrzepicy żył głębokich z następowym udarem żylnym, USG Doppler tt. domózgowych, Holter ekg, ECHO serca oraz EEG. Konsultowana internistycznie i kardiologicznie. Ze względu na zaburzenia mowy i funkcji poznawczych konsultowana logopedycznie oraz psychologicznie. W wyniku zastosowanego leczenia uzyskano poprawę stanu ogólnego i neurologicznego.

Pobyt na neurologii miał różne momenty, ale, jakby nie było, uratował mi życie. Za to – szczere dziękuję.

  1. Bronson, reż. N.W. Refn, 2008. ↩︎

Jeśli podoba Ci się, co robię i chcesz okazać wsparcie, zawsze możesz postawić mi kawę. Wypiję ze smakiem. Dzięki!

2 comments
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *